Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mart czuje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mart czuje. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 listopada 2016

35. Jak przeżyć schizofrenię podczas jesieni



Jesień.
Udało mi się - jako tako - przetrwać najgorszy okres w roku. Oczywiście, nie chcę mówić hop, zanim nie wyląduję bezpiecznie. Jednak wróciły do mnie refleksje, wróciły słowa, które muszę wystukać na klawiaturze laptopa, na którym powoli nie ma miejsca na naklejki. Żałuję, bo te naklejki bardzo mnie cieszą. Niby nic, a jednak są maleńkim uśmiechem.
Chyba cieszy mnie, że sama o nich zdecydowałam, sama je wybrałam, czy coś. I mówią coś o mnie.

Za oknami wieje i pada. I zimno, a ja uwielbiam mój płaszcz i ogromną ilość chust i szalików. Uwielbiam mojego Krasnoluda w płaszczu i kapeluszu, który jest przedwczesnym - bo potrzebnym na larpa - prezentem na imieniny. Uwielbiam też, gdy chodzi w koszuli, kamizelce, marynarce i pod krawatem. Uwielbiam jego stylizowaną brodę, albo taką w bezładzie. On też uśmiecha mnie, nawet, gdy tego nie okazuję i złoszczę się na niego, że aż błyskawice wlatują nam przez okna i klatki wentylacyjne do domu powodując ogromny bałagan - tak, to prawdziwe wyjaśnienie, dlaczego czasem nie mamy porządku!

Znalazłam mały parczek koło Rynku Wildeckiego, w którym najczęściej przesiadują pijaczki. Myślę, że ten park został stworzony z myślą o jesieni. Czasami wychodzę dużo wcześniej, niż powinnam, aby posiedzieć w nim chwilę. Otwieram notatnik, lub czytnik i przeglądam materiały na studia. To też jest uśmiechem. Zwłaszcza, gdy pamiętam, aby przygotować sobie kawę do kubka termicznego. Jednak nie taką zwykłą czarną, lub rozpuszczalną. Na jesień idealna jest kawa poznańska z pomarańczą, wanilią i cynamonem.

Wieczory, takie jak ten dzisiejszy, dają mi poczucie bezpieczeństwa. Krasnolud już śpi, a Bieda bawi się zabawkową myszką. Są w każdym kącie naszego maleńkiego mieszkanka. Naszej klitki. A w zasadzie, to nawet nie naszej, bo wynajmowanej, ale to nic. Nasza klitka jest wyraźnie nasza, wszędzie walają się rzeczy na larpy, albo rzeczy do craftu i książki - głównie fantastyka. Jedno okno udekorowałam w swój, delikatno-różowo-dziewczęcy sposób. Na parapecie rozłożona jest organza, na niej stoi piękne puzderko, które Biedzia upodobała sobie jako legowisko. Obok pozytywka, dwie sowy i lampka z różowym abażurem. Ten parapet to kolejna mała rzecz, która uśmiecha mnie, nawet gdy tego nie chcę. Całe nasze mieszkanko mnie uśmiecha, na wejściu mamy plakat z Geraltem i Ciri w antyramie!

Wielokrotnie spotkałam się  z teorią, iż osoby z problemami psychicznymi bardzo źle znoszą przełom lata i jesieni oraz zimy i wiosny. Mi osobiście, ten drugi nie sprawia problemu - przynajmniej nie aż tak, jak początek jesieni. Jest to jednak indywidualna kwestia.
W tym roku, a był to drugi rok po przerwaniu leczenia, było mi - jest? - ciężko. Inaczej niż w zeszłym, jednak nadal... źle. Może muszę to zaakceptować, może tak będzie co roku. Może nawet jestem z tym pogodzona.
Jednak, boję się. Białe plamy w pamięci, omamy i depresja, z którą chyba nigdy nie nauczę się sobie radzić. Boję się, że kiedyś ocknę się z amoku gdzieś daleko od domu, albo że w ogóle się nie ocknę.
Jeszcze tydzień temu widziałam wiele plakatów o zaginionym znajomym. Bardzo dalekim znajomym. Teraz tak cholernie się boję, że następne będą plakaty z moim zdjęciem.
Bo czasem nie wiem, co robię.
Czasem nie pamiętam.

Odpychanie strachu jest trudne. Bo nawet w moim białym kocyku w różowoszarą kratę zamontowane są kamery i podsłuchy, a wyjście na ulicę to przepłakanie kilku minut w uczelnianej toalecie lub w domu. Czasem maluję usta tą samą szminką, której używałam dawno, kiedy było najgorzej, mając nadzieję, że ktoś zauważy, że... chyba potrzebuję wsparcia.
Ale nikt nie zwraca na to uwagi. Kto może wiedzieć, że ta konkretna szminka pachnąca wiśniami jest oznaką, że mam nawroty choroby. Czy w ogóle ktoś zauważa różnicę, między jedną czerwoną szminką, a drugą? Ja ją dostrzegam jedynie poprzez zapach...
Nie przepadam za wiśniami...

Dlatego lubię szukać równowagi. Maleńkich rzeczy, na które nie muszę tak bardzo pracować. Dlatego kupiłam idealny płaszcz i noszę różne szaliki. Zapalam pachnące świeczki i używam kosmetyków do ciała, które ładnie pachną. Codziennie odkładam biżuterię na miejsce, do różowego puzderka, aby poświęcić chwilę na radość, która płynie z tego, że ono tak po prostu jest. Dlatego piję kawę o cudownych aromatach z ładnych kubków. Kupuję rajstopy we wzorki i chodzę w prostych spódniczkach i ciepłych swetrach.
Mam nadzieję, że teraz, gdy październik za nami, będzie lepiej i mogę odetchnąć z ulgą. I nabrać powietrza; myślę, że każdy jesienny dzień pachnie inaczej. To cudowne.
A zaraz zacznie się grudzień i spadnie pierwszy śnieg. Zaczniemy unikać chodzenia za rękę, bo zimno. I będziemy szukać prezentów dla bliskich.

I udekorujemy naszą klitkę na święta.
Może pójdziemy też na sushi?
Share:

wtorek, 23 sierpnia 2016

32. Smutki

Na tego bloga miesięcznie wchodzi ponad 1000 osób. Pewnie to niezbyt wiele, chociaż dla mnie to już sukces. Dostałam kilka komentarzy. Poznaję zdanie mojej czytelniczki. Jedna osoba napisała także do mnie na fb, a dwie na maila.

Wiem także, że mój Krasnolud tutaj bywa. poniektórzy znajomi...

Blog powstał dla najbliższych. Abym mogła komunikować swoje problemy, otwarcie opowiadać o nich.
A jednak, już dawno z tytułu bloga zniknęło słowo "blogoterapia".

Bo przecież nie potrzebuję terapii. Jestem zdrowa.
Momentami zbierze się ból i uleci w postaci histerii. Ale ból towarzyszy wszystkim. Zdrowym i chorym. Moim problemem, jest to, że stare demony nie zostały zamordowane. Mam taki zwyczaj, że niczego nie wyrzucam - przyda się. Jak to mówi mój Krasnolud: "najtrudniej jest zabić w sobie chomika". Dlatego demony też zostały.

Moim najgorszym demonem jest zakorzenione gdzieś głęboko przeświadczenie, że udaję. Że jestem rozdwojona.
Bo przecież jestem Mart, która ma najukochańszą rodzinę: Dziadków, Rodziców, nawet Brata. Mart, która jest zaręczona z cudownym facetem. I jeszcze kociaki. Żyć, nie umierać! Razem ze swoimi bliskimi może dokonywać cudów, albo chociaż góry przestawiać.
Ale...
Jest też Mart, która jest pewna, że wyrządziła tyle szkód, że jej rodzina nie istnieje w sferze relacji z nią. Ją samą nie spotka nigdy nic dobrego. Była zła dla tych, którzy ją kochali. Nie zasługuje na jakiekolwiek uczucie inne, niż pogarda. Może któraś z prób "s" udała się i teraz cierpi w jakimś czyśćcu? 
Ta druga Mart, dość abstrakcyjna, na szczęście, najczęściej jest uśpiona.

Jest jednak coś, co paraliżuje pierwszą Mart, a drugą jednocześnie budzi.
Strach, że choroba wraca. Wtedy od razu do głosu dochodzi druga, która jest pewna, że nigdy nie była chora. Że oszukiwała, pozowała. I... I nadal pozuje. Żeby uniknąć obowiązków, lub odpowiedzialności.

Pogodzić te dwie jest trudno, boję się, że niemożliwie. Boję się, bo nie wiem, jak poradzić sobie z potrzebą poczucia akceptacji i aprobaty. Boję się, bo nie wiem, która Mart to prawdziwa ja.
Boję się, bo myślę, tak zupełnie szczerze, jak szczere jest każde słowo wypowiedziane w nocy, że to ta druga jest prawdziwa.

Czasem zegar do mnie mówi i boję się światła, a biel jest pojęciem względnym.

Chciałabym, żeby moi rodzice czasem wchodzili tutaj.
Naprawdę, bardzo

Share:

czwartek, 11 sierpnia 2016

29. Jestem włóczęgą

Bycie włóczęgą jest trudne. Moja ukochana Nimue* jest włóczęgą, ale muszę ją dopracować. Moja druga ukochana, Mery Tramp* - jest włóczęgą (ale ma też romans z Rektorem!). Mery, nie dość, że jest włóczęgą, to jeszcze jest menelem. Od kiedy wplatała się w bluźniercze sprawy i straciła nieodwracalnie 5 Punktów Poczytalności niby ma własny kąt.
Ale jest włóczęgą.

To zabawne.
Włóczęgą w miejscu. Podróż, która nie ma celu. Ucieczka przed nieuleczalnym bólem istnienia. Ucieczka w kierunku ludzi. Poszukiwanie czegoś, czego nie mogę określić.
Ludzie na drodze nie mają nawet wskazówek. Zatem wciąż potrzebuję nowych ludzi, zabijając jednocześnie moją najukochańszą samotność. Ale ci kolejni i jeszcze następni ludzie, nadal nie mają tego, czego potrzebuję i muszę od nich odchodzić. Iść dalej. Do kolejnych. Którzy też tego nie mają.

Może to nie istnieje?
Chociaż ja czuję, że gdzieś jest...

Kiedyś myślałam, że miłość jest tym czymś. Ale nie, przecież mam miłości pod dostatkiem.
Po prostu muszę iść. Muszę być nomadem.

Nadzieja na znalezienie tego, jest tak wielka, że zgubiłam się między biegunem TO LUBIĘ, a TEGO NIE LUBIĘ.
I teraz różnymi drogami włóczę się między jednym, a drugim i nie wiem, który jest którym.

Włóczęgostwo.
Lubię go i nie lubię. Tak samo ludzie - ich kocham i nienawidzę. Jestem pogubiona jest mi źle. Jestem w wielkim lesie i nie na tu nikogo. Chcę do ludzi, ale też nie chcę ich w ogóle.
Pogubiłam siebie i czekam, aż wrócę na właściwe miejsce.

Dlatego muszę być włóczęgą dalej. I nadal siebie nierozumieć. I tak naprawdę,to nic nie rozumieć, ale udawać, że rozumiem wszystko.

Włóczędzy mają mądrość życiową. Ja też mam.
W końcu jestem włóczęgą.

_____________
* Nimue to moja postać z narracyjnego erpega oraz kilku larpów, a Mery Tramp to moja postać z "Zewu Cthulhu"

Share:

środa, 10 sierpnia 2016

28. Gorzka herbata z gniewu, obrzydzenia i kwiatów żalu

Zaczęłam pisać pod wpływem wielkich emocji. Teraz, to, co napisałam gnije w "brudnopisie".
Wpisy z kategorii "Mart czuje" często piszę pod wpływem czucia właśnie, jednak staram się chwilę poczekać, aby emocje, które nakłaniają mnie do pisania ukazały wszystkie swoje aromaty.
Jak idealnie zaparzona herbata.

Na początku, mniej więcej 24 godziny temu, był gniew. Jednak gniew został stłamszony. Wszyscy jesteśmy ludźmi, strach i zwątpienie są naturalne.
Później, chwilę po godzinie 21 była pogarda, jednak wyraźnie rysowało się także poczucie niesprawiedliwości.
Teraz, od godziny zero ono dominuje. Obok są także obrzydzenie, złość. Ale chyba najwyraźniej czuję smutek. Taki dziecinny, bo... bo nie ma sprawiedliwości.

I nigdy nie było.
I nie jest też tak, że na wszystko trzeba sobie zapracować. Na niektóre rzeczy nie można.
Nie możesz dostać wdzięczności od podłej żmii, nawet, gdy wdzięczność jest oczywistą walutą zapłaty za coś.
Nie możesz dostać wsparcia od króla egoistów. Niezależnie od tego, ile razy wsparcie mu darowałeś.
Czasem, za ciężką pracę i wyrzeczenia dostajesz razy.
Nie wszystko da się przewidzieć.

Ostatecznie czuję żal.
Czuję żal i strach, bo nie chcę gorzknieć. Z akcji na akcję jest coraz bardziej gorzko. Czuję się stara. Świat jest czasem brutalny, i, gdy dajesz tyle, ile możesz, dostajesz w zamian czystą postać podłości. Nie wiem, jak to nazwać. Polską cebulą? Ludzie postępują tak na całym świecie. Chamstwem? To za mało.

Obok nas żyją kreatury. Wampiry, które żywią się dobrą energią. Wysysają ją. Przez jakiś czas chodzą najedzone, jednak nadal biadolą o swojej chorobie. O przekleństwie nad nimi ciążącym.
Wampirom trudno dostrzec, że każdy cierpi na tę samą chorobę, co one. Może po prostu tak jest im wygodnie. Może czują się, przez budowanie własnego mitu, lepiej.
Ale coś takiego, to sztuczna wartość.
W końcu, może są zbyt leniwe i głupie, aby cokolwiek zrobić ze swoim jestestwem. Przecież bycie człowiekiem nie jest tak trudne. Już niech nawet nie będą dobrymi ludźmi. Niech po prostu zasłużą na miano człowieka.

Współczuję wszystkim, którzy współżyją z wampirami. Wampirom natomiast - już nie współczuję. Nie zasługują na to. Na nic, tak naprawdę, nie zasługują.

Marazm to grzech śmiertelny.

Share:

czwartek, 19 maja 2016

24. O marzeniach trochę.




Przez jakiś czas nie marzyłam.
Rok temu moim marzeniem było pogodzić się ze sobą, mieć pewność, że nie jestem i nie będę nigdy sama. Kiedy kilka miesięcy temu osiągnęłam to, nie wiedziałam, co powinno być dalej.

Oczywiście, były jakieś wizje. Ale to wszystko było nieokreślone. Trochę, jakby szukanie marzeń było szukaniem odpowiedniej tkaniny, tyle że po omacku. Bo o ile można w ciemności poznać jej strukturę, tak kolor i wzór pozostaje niepewny.
Wiedziałam, czego szukam, jednak dopiero teraz zapaliło się światło i wiem, który wzór jest mi teraz potrzebny. I bardzo łatwo mogę go znaleźć, ponieważ szukając po omacku znalazłam odpowiadające mi tkaniny. Teraz wybrałam wzór.

Ale to za chwilę.
Składając życzenia często życzono mi "spełnienia wszystkich marzeń". Jedynie mój Tata życzył mi, aby spełniało się jedno, a na jego miejsce przychodziło kilka nowych. Myślę, że to jedna z mądrzejszych lekcji od niego, o ile nie najmądrzejsza.
Za pierwszym razem, gdy usłyszałam coś takiego łamiąc się opłatkiem, musiałam zrobić duże oczy, a Tata mówił powoli, takim głosem, którym zawsze składa życzenia. Mówił, że człowiek, któremu spełnią się wszystkie marzenia staje się pusty, a jego życie nie ma celu.
I to jest prawda.
Chociażby Skaza, ten, który zabił Mufasę. Jego marzeniem było objąć Lwią Skałę. I co dalej? Nic więcej nie robił, zgnuśniał. Wiele osób uważa go za najczarniejszy charakter Disneya, ale on po osiągnięciu celu zrobił się taki... nudny.
I tak zawsze uważałam, że najgorszy był Shan Yu z "Mulan" (to była najokrutniejsza bajka! ta laleczka bezimiennej dziewczynki...!)  oraz Frollo z "Dzwonnika z Notre Dame" (może zawsze bałam się fanatyków?) 
Ale wracając. Czasem, gdy spełni się to największe marzenie i to nieoczekiwanie, nie wiadomo, co zrobić ze sobą dalej. Szukanie czegoś na siłę też nie jest dobre. Myślę, że tę chwilę trzeba przeczekać, chociaż też nie będąc biernym.
Bycie biernym przy marzeniach jest najgorszą możliwością.

Ale mi zapaliło się światło. Bo poza tym, że chcę powiększać kolekcję BJD, że chcę kształcić się w szeroko pojętym crafcie, że chcę mieć wielką biblioteczkę fantastyki, biografii muzyków i twórczości Murakamiego (bo Zafóna już mam), że te wszystkie małe rzeczy...
chcę przede wszystkim mieć swój kąt.
Nasz kąt.

Chcę mieszkać z moim Krasnoludem i radzić sobie z problemami własnego gospodarstwa.
Tego życzcie mi na wszystkie okazje, do czasu, aż się spełni. :-)


Share:

czwartek, 21 kwietnia 2016

21. Zamknięci w trumnie.

Pamiętam, że jedną z pierwszych rzeczy w Internecie, które poznałam były dollfie. Ball-jointed-dolls. Zakochałam się. Chciałam koniecznie, a potem napisałam do Villemo (chyba), czy nie ma tańszych, dla 11-12 latki tysiąc to bardzo dużo, a... a one były takie piękne!

Przez kilka lat odwiedzałam blogi lalkarzy, sklepy, galerie na dA. I wciąż marzyłam, że będę miała swoją kolekcję. A kolekcja zawsze zaczynała się od jednej.



Od modelu bjd 1/4 z firmy IslandDoll, Amy. Na osiemnaste urodziny można zaszaleć, zażyczyć sobie coś... COŚ! Tak było w moim przypadku. Zażyczyłam sobie ją, Amy. Dorcas.
Wersja stockowa, miała wszystko, makijaż, perukę, ubranko, buty. Potem zaczęły się zmiany. I mimo że nie umiem szyć tak małych rzeczy zbyt dobrze, nie umiem robić dobrych zdjęć... Ba, na początku nie potrafiłam założyć peruki. Bałam się, że zrobię jej krzywdę.

Ale nigdy nie zapomnę czekania na nią. Odpakowania, gdy w końcu pewnego dnia po szkole, wchodząc do swojego, o dziwo sprzątniętego pokoju, potknęłam się o karton. Podłużny. Wysoki. Oznaczony delikatnym przedmiotem wewnątrz.
Dorcas.
Pamiętam, jak trzęsły mi się ręce, gdy otworzyłam pudło - do góry nogami. Pamiętam Dor, łysą i bez oczu, owiniętą, niczym mumia w folię bąbelkową. Na białej poduszce wyglądała trochę jak złożona w trumnie.
Miała krzywo przyklejoną rzęsę, ale i tak była piękna. Najpiękniejsza.
Nie była "Amy" z IslandDolla. Była Dorcas, istotą podobną do wampira, która ma ciało, jednak nie jest żywa. Samotną arystokratką, która czuła się winna śmierci swojej młodszej siostry.

Przechodziła wiele przemian. Była lolitą, hipiską, alternatywną dziewczyną z sąsiedztwa. Ale zawsze była Dor.

Potem pojawił się Isi. Ismael zdobył moje serce, gdy tylko zobaczyłam go wystawionego na sprzedaż w fejsbukowej grupie lalkowej. Miałam inny cel lalkowy, jednak przez jego zielone smutne oczka osadzone na piegowatej buźce, zapomniałam o upatrzonej lalce z DollZone. Zwłaszcza, że Isi jest 1/6, Yo-SD, ma 20-parę centymetrów! Dor jest prawie dwa razy większa.
Ismael był od zawsze rudy. Chociaż przyszedł do mnie jako białowłosy. Był rudy i był rozrabiaką. Małym psotnikiem. Jednak on także nie był ani martwy, ani żywy. Narodził się pomysł na historię mojej rozwijającej się gromadki. Moje małe wampirki, robaczki.

Wielokrotnie sadzałam ich obok siebie, trzymałam w rękach - upewniwszy się, że są czyste. Dorcas jest symbolem spełnionego marzenia. Była pierwsza i nie ma dla mnie Graila lalkowego, który przebiłby uwielbienie tego kawałka żywicy w ubrankach, mimo że to jeden z najpopularniejszych modeli.

Na jednej z półek w moim dziewczęcym pokoju był pokoik robalków. Drewniane łóżko, regał i szuflady. Mieli miniaturową lampę i książki. Poduszki, zabawki. I metalowy szezlong.
Mogłam mieć bałagan w całym pokoju, zagracone do tego stopnia, że podłoga była trochę legendarna. Ale ich półka zawsze była sprzątnięta i wyeksponowana. Moje rablki były moją chlubą.

Teraz mieszkam w Poznaniu. Siedzieli oboje na szezlongu, który stawiałam na podłodze w moim kącie. Jednak nie chcę narażać ich na niebezpieczeństwo.











Są zamknięci w kartonie, w którym przyszła Dorcas. Są zamknięci w trumnie.
Wiem, że to tylko lalki. Chociaż posążki bogów to też "lalki". Dla mnie te lalki są ogromnie i nieopisanie ważne. Chcę wyjąć je z trumny, chcę, żeby znowu żyły. Ale póki co, nie mogę im tego zapewnić.
I jest mi niewymownie źle.

Spełnionych marzeń nie można zamknąć w trumnie.
Share:

poniedziałek, 1 lutego 2016

13. Fasolki, Miłość i zagięcia krasnoludzkiego zwyczaju.

*UWAGA: jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, iż myśl, że Mart posiada  życie seksualne jest dla Ciebie problemem, daj sobie spokój*

Znowu budzę się w nocy, więc standardowo - pojawi się tu wpis nocnych przemyśleń.


Dzisiaj dotyczą Fasola.
Fasolem będzie każde dziecko rozwijające się we mnie. O ile takie się pojawi. :-)


Od kiedy jestem z Krasnoludem, nie czuję obawy przed każdym spóźniającym się okresem. Jestem zwyczajnie pewna, że nie ucieknie, bo będzie bał się ojcostwa. Myślę także, że taka myśl byłaby jedną z większych obraz krasnoludzkiego majestatu.

Jak większość par - uprawiamy seks. Nie czekamy do ślubu w myśl nowej zasady, że "żadnego ślubu przed seksem". Bo, chcąc nie chcąc, wszyscy musimy sobie przyznać, iż seks jest w związku ważny. Tak jak wspólne zainteresowania czy poglądy, etc, etc.
Nie można być w stu procentach szczęśliwym z osobą, która nas nie zaspokaja.
Zakładając, że sami posiadamy popęd seksualny.

Ze względu na moje niegdysiejsze leczenie psychotropowe, nie powinnam brać tabletek antykoncepcyjnych - przynajmniej jeszcze nie. Mieszanka Zolafrenów, Abilyfajów i innych Ketreli sprawiła, że mam zasuszone jajniki. Jeden bardziej, drugi mniej. Nieważne. Nie jestem pozbawiona możliwości ciąży, jednak dla samego bezpieczeństwa mojego, jak i dziecka - lepiej poczekać.
Dlatego używamy prezerwatyw.

Prezerwatywy kosztują minimum 8PLN. I jak, naprawdę, nie żal nam pieniędzy, to czasem zwyczajnie się kończą. Bo tu trzeba odłożyć, bo coś innego. Jednak ZAWSZE mamy jedną-dwie w zanadrzu.

Tylko że te dwie niezbyt starczą. Zwłaszcza, że w 99% przypadków są one tam, gdzie nas nie ma.
Uprawiamy seks "dość" długo. Naszym ulubionym żartem jest "dwurodzinny szybki numerek" (chociaż "na martowe pięć przypada jeden krasnoludzki" też mi się podoba)
Oczywiście, możemy kończyć szybciej, ale miłosne uniesienia mają prowadzić TAKŻE do przyjemności czysto fizycznej.

A sucha prezerwatywa boli i pęka.


I tu zaczyna się główna myśl wpisu.

Jak długo będziemy zapominać o tych zostawionych "na wszelki", jak długo będziemy powstrzymywać się od,jakże bezbożnego, ohydnego aktu... miłości i bliskości zarówno psychicznej jak i fizycznej? Bo zbliżenie z "TĄ" osobą zawsze gwarantuje coś przyjemniejszego niż seks z profesjonalną gwiazdą porno.
Niewiele jest momentów równie pięknych, co czucie przyjemności w swoim i tym drugim ciele. Zgubienia granicy między jednym, a drugim ciałem. Lub fizycznym spełnieniem na myśl, że Krasnoludowi jest dobrze, dzięki mi.

Zresztą - prezerwatywy pękają. Serio, zdarza się.


I jak marzyłam o Fasolu od listopada. Jak wręcz chciałam, aby Fasol się pojawił, tak...
Teraz się boję.
Boję, bo mogę niedonosić ciąży.  Boję, bo nie mieszkamy nawet razem. Bo dziecko to bardzo duże wydatki. Bo co ze studiami? Bo rodzina będzie się martwić  (myśli, że mogą być źli, czy coś raczej nie dopuszczam).






Kolejna myśl jest o "dwóch połówkach jabłka". Jak kiedyś uważałam to za głupie, bo nie jestem przecież owocem! Tak teraz, to chyba najprostsze określenie Miłości. Takiej wiecie, na samą myśl o pojęciu tego słowa boli głowa. Coś jak wszechświat. Widzisz niebo w nocy, widzisz gwiazdy. Mniej więcej starasz sobie wyobrazić odległość od samego księżyca i kiedy dociera do Ciebie, że to NAPRAWDĘ DALEKO, przypominasz sobie, że to taki maleńki kawałek tylko...

Czasem mam też wrażenie, że wszystko, co kiedykolwiek zachwyciło choćby jednostkę, że wszystkie inne pary i miłości na świecie, to nawet nie połowa naszego uczucia.
Że taka miłość, jak nasza, nie zdarzyła się jeszcze nigdy. I nie zdarzy.

Sam fakt, że jak każdy fan fantasy wie, krasnoludy nigdy nie zwróciły uwagi na kobietę innej rasy (ekranizacja Hobbita boli nie tylko wrzucając postać Tauriel). A mojego narzeczonego poznałam jako Krasnoluda. Ja byłam ludzką kapłanką (dopatrywano się u mnie korzeni driady lub rusałki, ale nikt mi nic nie udowodnił).


A Fasol ma coraz mniej czasu na zaistnienie. We wrześniu 2017 muszę założyć gorset!

Przez 19 miesięcy czeka mnie jeszcze wiele nieprzespanych nocy na myśl, że może nie damy rady, tak finansowo. Może coś się źle potoczy...
I zdaję sobie sprawę, że po ślubie nagle nie staniemy się bogaci, ale wierzę, że w jakimś stopniu będzie łatwiej.


Pewna jestem tylko tego, że będziemy najszczęśliwszą rodziną, bo zawsze będziemy wiedzieć, że kochamy się ponad wszystko.
A tego mały człowieczek potrzebuje bardziej, niż najdroższych zabawek.
Share:

wtorek, 1 grudnia 2015

10. Organ mi obumiera.

Serce to organ. Pompuje krew, ale nie odpowiada za czucie. Jednak, jest wewnątrz takie coś, co czuje. Nie wiem, jak to nazywać, gdybym użyła słowa „dusza” brzmiałoby jakoś... zbyt po chrześcijańsku. Więc niech będzie serce.
Niektóre sytuacje, słowa lub odpowiedzi odbierają kawałek serca. Obumiera. Miejsce, które przed chwilą czuło, nagle przestaje. I to wywołuje ból. A im więcej straci się kawałków, tym trudniej o różne uczucia. Zmniejsza się baza doznawanych emocji.
Fizycznie czuję, gdy mi te kawałki obumierają. Coś tam było, ale już nie ma.
Teraz jest mi smutno. Chronicznie smutno. A także gardzę sobą, mocno, jak nigdy nikogo innego. Ale tak gardzić można tylko największym wrogiem.
I to szalone, bo przecież jest fajnie.
W każdym razie, inaczej sobie wyobrażałam najbliższe tygodnie po zaręczynach...
Nie jest fajnie. Chcę płakać i chcę wyć. Chcę z kimś porozmawiać, ale nikt nie rozumie, gdy zaczynam. Jestem porażką, zerem.
Gdybym miała pieniądze, zleciłabym morderstwo na siebie.
Nie byłoby to samobójstwem, więc nie skrzywdziłabym nikogo, bo jednak wciąż istnieje grono osób, które mnie kochają.
Ale nie mam pieniędzy.
Nie mam nawet od kogo pożyczyć głupich 3,60pln na dojazd do Krasnoluda.

I to jest najgorsze, bo tylko przy nim umiem kompletnie zapominać. I czuć się tak po ludzku dobrze.
Łudzę się, że jednak znajdę gdzieś pracę. Wtedy zupełnie stracimy możliwość spędzania chociaż kilku chwil razem. A jednak potrzebuję tej pracy, a to się będzie wiązało z jakąś rozłąką. Zanim znajdę ewentualne zatrudnienie, chciałabym się porządnie naładować. A nie mam jak, więc jest gorzej i gorzej. I pomocy.
Zimno mi, ciągle mi zimno. Tak mentalnie.

Sprzątając pokój znalazłam pełno starych pamiętników, luźnych kartek. Z nich wynika, że zawsze byłam nieszczęśliwa. Nieważne, co się działo.

Wczoraj terapeuta powiedział, że powinnam zacząć myśleć o farmakologii, bo samej będzie mi zbyt trudno z tym walczyć bez niej.
Myśląc o farmakologii czuję się wyjątkowo dobrze, bo jeszcze mogę myśleć. Jeszcze nie zjadły mnie tabletki.



Chciałabym, aby całe serce uciekło. Jednocześnie. Nie kawałek po kawałku.  


PS. Blog powstał dla moich bliskich. Z nich, tylko jedna osoba go odwiedza, więc, kudeno, kto tu jeszcze wchodzi, bo chociażby wczoraj dobiło do równo 60 wejść... o:
Share:

piątek, 27 listopada 2015

8. - Ukryte kamery i chroniczny brak golda.



Zaczęłam pisać wpis 20tego. Od tego czasu miałam kilka pomysłów na kolejne, ale ten konkretny musi się pojawić najpierw. A jednocześnie jest mi go bardzo trudno napisać.

19 listopada był nudnie zwykłym dniem. Wieczorem pojechaliśmy do Krasnoluda, przed ostatecznym celem, jakim był jego dom, pogawędziliśmy chwilę z jakimiś ziomeczkami. W domu on nosił jakieś coś do góry, bo tam remonty. Ja robiłam herbatki. Mieliśmy posiedzieć z jego tatą.
Normalnie.
Jak zawsze.
Ale nie. Krasnolud był nerwowy jakiś. Wręcz wyrwał mi kubki z herbatką, zanim dolałam do swojej mleko (bawarka taka dobra! a pijam ją namiętniej, gdy jestem w związku). Drepczę za nim do tej sprzątniętej przez nas dzień wcześniej krypty i znowu jakieś nerwy. „Zamknij drzwi”, „chodź tu”, coś tam.
Ale o co chodzi? Mieliśmy iść do Twojego taty...
Krasnolud klęka.
I nie robi sobie żartów, tak jak myślałam. Nie pomyliłam się jedynie co do ukrytej kamery – faktycznie była. Moja przyjaciółka chciała widzieć reakcję.
Jestem zapierścionkowana.
Najpiękniejszy z pięknych pierścionków.
hehehe, jak go noszę na palcu, to jestem niewidzialna, jedynie Nazgule mnie widzą

I nie zdawałam sobie sprawy, że można kogoś aż tak kochać. To jest jakieś nienormalne. Boję się momentami, że nie wytrzymam tego i po prostu umrę. To czasem silniejsze od kilku lat z – momentami - ostrą schizofrenią.
To takie. Naprawdę. Dziwne. Bo nie wierzę, że ktoś jeszcze może czuć tak, jak my czujemy. To uczucie między nami to pierwowzór miłości, a to, co teraz inni nazywają tym słowem jest tylko cząstką, która odkleiła się od nas. To wszystko jest nasze. Wszystko, co artyści chcieli zawrzeć w swoich dziełach, wszystko co wzrusza. To nasze, to my.
Dlatego nie jest za szybko na przeniesienie związku na wyższy level.

A jednocześnie, czuję... źle.
Czuję strach. Przekraczanie granicy między byciem dzieckiem i dorosłym jest dość wyraźne. Nie aż tak, jak w Simsach, ale nadal... wyraźne. Czuję strach i czuję się niepotrzebna – mimo tego, że wiem, iż tak nie jest.
Dobija mnie śmiertelnie fakt, iż nie mogę znaleźć pracy. Coś tak głupiego i prozaicznego zabiera mi radość z obnoszenia się pierścionkiem. Ale co jeżeli nigdy nie znajdę pracy? Jeżeli nie uda mi się dostać na studia za rok? Jeżeli będę jednak zmuszona wrócić do Spiertorunia, bo tylko tam poziom jest odpowiedni dla mnie? Jeżeli nie będę umiała sobie poradzić ze smutkami i będę tylko ciężarem? Jeżeli... będę kolejnym nieudacznikiem, który mimo prób i tak pozostaje tym nieudacznikiem.
Czytanie „Księgi Jesiennych Demonów” jest teraz wysoce niewskazane.
Czuję się okropnie, nie mogę dojechać nawet do znajomych z innych dzielnic! A co dopiero do Krasnoluda, który mieszka pod Poznaniem. Nie pamiętam papierosów innych, niż cudzesy. Nie mogę sobie kupić głupiego eyelinera lub szminki. Albo czekolady. Nic.

To jest złe. I jeszcze gorsze jest to, że pełnię radości życia zabiera mi takie coś, jak pieniądze! Bo nie mogę jutro nawet po pieprzoną planszówkę skoczyć. Bo nie mogę utulić na dobranoc i dzień dobry i dobranoc i dzień dobry i dobranoc. 



PS. Post informujący o zaręczynach powinien być pewnie jakiś taki... woah i w ogóle. Ale nie jest. Jest prawdziwy. Tak, jak te oświadczyny, jak wszystko. Nie potrzebna jest pompa. Wystarczy, że widzę to wszystko w Krasnoludzie. 
Share:

czwartek, 12 listopada 2015

6. Widzę cudy, tworzę cudy.




Przeszłości nie da się zmienić, ale przyszłość wygląda całkiem nieźle. Jest pełna nieskończonych możliwości.
- Trudi Canavan „Głos Bogów”

Różne są stany emocjonalne, gdy w głowie dzieją się dziwne rzeczy. Od skrajnej złości przechodzi w rozpacz, która zgniata żebra, ale prędzej czy później nadchodzi chwila spokoju. Nawet, jeżeli to chwila. 
Bo przecież w pogodzie też tak jest. Jest zmienna. Tak samo taka choroba - jest zmienna. Ale... będzie dobrze. W sumie, to nie ja sama walczę z moimi demonami. Z nimi walczą także inni. I to jest całkowicie szalone, ponieważ zawsze, do poniedziałku, byłam pewna, iż jestem sama. I tylko sama. Nikt poza mną nic nie może. 
Wszyscy możemy. Co więcej: ja mogę tylko dzięki tym ludziom, których mam, zależę od nich. Sama nic nie zrobię, nie potrafię stwarzać cudów dla siebie, jeżeli te cuda mają dotyczyć pokonania demona o sile 10, który stoi na polu, które potraja jego moc, a mają być stricte dla mnie. Bo sama nie zasługuję na tak duży wysiłek. Nie jestem tego warta, jeżeli mam to robić dla siebie - cóż, tutaj jest mocno pokręcone, ale inaczej tego nie opiszę na szybko. W każdym razie, uważam, że moja osoba jest wyjątkowo mało potrzebna, gdyby jej nie było świat stałby się lepszy, zwłaszcza świat moich bliskich, ale - tu uwaga - oni sądzą zupełnie odwrotnie. I to może nie być zaskoczenie dla kogoś innego, ale dla mnie zdecydowanie jest. 
Bo nie jestem ich warta. 
Wszyscy tworzymy cuda. 
Pokonujemy demony, które są silniejsze. 
Dlatego będzie dobrze. Trudno - pewnie tak, ale dobrze. Jeżeli nie przestaniemy tego robić. Bo to jest w naszych rękach i od nas zależy, co z tym zrobimy. 

Chciałam napisać ten post w poniedziałek koło godziny 17. Żeby był pełen emocji, które wtedy mi towarzyszyły. Jednak dobrze się stało, że byłam zbyt zmęczona, kiedy skończyłam wszystkie obowiązki. Natomiast dzisiaj koniecznie chcę go napisać. Jutro załatwiam spiertoruń do końca i nigdy tam nie wracam, a potem jadę do mojego Krasnoluda, gdzie wifi nie chce mnie zaakceptować, a do piątku, kiedy wrócę do mieszkania z wifi (gdzie w sumie też go jeszcze nie mam, bo fajnie robić pierdyliard barykad... samo hasło nie wystarcza) zapomnę te emocje.
Uhm, zatem zaczynam sprawozdanie.
W poniedziałek nieprzyzwoicie rano przeniosłam się ostatecznie do Tatusia w Poznaniu. Są tam już wszystkie moje rzeczy – no, nie ma łóżka, jest polowe, a normalne, na którym można spać bez łamania kręgosłupa dojedzie w przyszłym tygodniu. Ludzkim rankiem dojechaliśmy na miejsce. Zanieśliśmy walizkę z ciuchami i laptopa. Wydrukowaliśmy jedną CV i wyszliśmy Gdybym mogła wybrać, wybrałabym pracę w sklepie zoologicznym, plastycznym lub księgarni, a gdybym miała lepszą aparycję mogłabym iść nawet na kelnerkę, ale przyjmę każdą pracę.
Tatuś poszedł do pracy, a ja do Krasnoluda. Były dziwne momenty, kiedy nie mógł się nawet przytulić, były moje odskoki na bok, bo nie mając od kilku dni chwili ciszy, nagły nawał dźwięków boli fizycznie. Było... dziwnie. Ale w końcu cudownie, najlepiej. I wracając pociągiem do Poznania (Krasnolud mieszka kilka kilometrów od miasta koziołków) zaczęłam pisać post na telefonie.
Sytuację uratowała bateria, która padła.
Bo wieczorem, po rozpakowaniu kartonów, walizek, pudeł (i zbudowaniu swojego kącika) byłam śmiertelnie martwa. Wtuliłam się w pościel i zasypiałam po kilku sekundach.

Sto lat temu, gdy byłam dzieckiem, Tatuś zawsze wieczorem dawał obojgu swoich berbeci buziaka w czółko. I dostałam takiego buziaka. Dostałam buziaka, który jest dla mnie bezpiecznym dzieciństwem, bo piętro na łóżku chroni przed wieloma złymi rzeczami, ale buziak w czółko na dobranoc ma moc niemożliwą do pokonania. To taki boss.
Spałam koło 8, w porywach do 9 godzin.
Z kolei wczoraj do naszego poznańskiego siedliszcza wpadli Dziadkowie, bo jeszcze nie widzieli tego lokum. Był także mój Krasnolud.
I nie wiem, czy cieszy mnie coś tak, jak jego rozmowy z Dziadkami i Tatusiem. Takie naturalne. Bez spiny, bez czegoś takiego. Co więcej, dziś, jadąc z Dziadkami, oboje cieszyli się, że mam kogoś takiego. Bo mam. Mam kogoś takiego, kto jest najlepszy, nie mogłam lepiej nawet wyśnić.
Wisienką na torcie miłości jest mój Kot. Dzisiaj wróciłam do Bydgoszczy, podwieźli mnie Dziadkowie, więc nie muszę tłuc się jutro w pociągu. Wpadł Damski Pedałek, chwilę pogadałyśmy. Coś tam, coś tam, a w końcu chciałam się kłaść spać, skoro Pedałek jest już u siebie, też ładnie umyty, przygotowany, to do łóżek i tyle – zwłaszcza, że rano trzeba wstać. Chcę zgasić lampę, gdy słyszę typowo Mufaskowate „mia”. Leży na walizce (dlatego śpię w koszulce, a nie w przygotowanej piżamce, przecież nie zrzucę kota z walizki, gdzie mu wygodnie...).
Mój Mufi ma to swoje „mia”, takie krzykliwe, nieskończone, gdy upomina się o atencję. Nie zdążyłam się do niego schylić, żeby potulić, gdy włączył motorek, jak nigdy. I mruży te oczka, turla się po tej walizce (Koty mają taką właściwość, że potrafią nie mieścić się na walizce wielkości tej dużej, a zmieścić na książeczce do nabożeństwa, więc Mucha regulował się cały czas na tej małej walizce od dziadków. Raz był ogromniasty, a raz malusieńki jak Kociątko, które wzięliśmy tak daaaawno temu).
Dopiero wrócił na walizkę. Wciąż mruczy, ale chyba zasypia, bo coraz bardziej miarowo.
A tulił się skubańczyk, jak nigdy. W pięciu miejscach jednocześnie był, żebym miała cały czas dobry dostęp do ulubionych miejsc miziania. Chociaż trochę się boję tej ranki i jak on wpadł w taki wir miłości, to bałam się, że go skrzywdzę tam. Bo serio, poruszał się tak jakoś dziwnie, że nie wiedziałam, gdzie go miziam...
Czy jest coś cudowniejszego, niż Kot, na tym łez padole? Może Koty są tymi prawdziwymi Bogami, bo są doskonałe? Po prostu nie mają wad. One ok, mają jakieś upodobania dziwne, że na przykład chcą zniszczyć kanapę. Albo rozszarpać gołębia. Ale to wszystko jest częścią Ich boskiego planu...
Kocianizm.
Tak to chyba się nazywa.

Dlatego Rodzina to najwyższa wartość. Jednak, chcę zaznaczyć różnicę między rodziną i Rodziną. Pierwsza grupa to osoby, którymi rodzinę się określa normalnie, Dziadkowie, Tatuś, Momuś, brat. A Rodziną są nie tylko Dziadkowie i Rodzice, Rodziną jest także moja trójca, Krasnolud i oba Pedałki. No i rzecz jasna, Koty. Dziesięć istot. Chociaż chciałabym dodać tutaj jeszcze trzy jeszcze nienarodzone istnienia. I milion kotów. 

Chciałam jeszcze napisać coś o emocjach, żeby nie było tylko streszczenia jakiś zdarzeń, jak w pamiętnikach dziewczynek z podstawówki, ale... Jego Wysokość Kot Mufasa obudził się z półsnu i znowu domaga się atencji...
Chcę spać...




Ah, i udało mi się chyba znaleźć kurs, którego potrzebowałam. Muszę poznać detale, ale byłoby cudownie, gdyby tam dało radę się zapisać. Mam kawałek,jakieś niecałe 10 minut.
Jestem naładowana dobrem w sobie. 
Jestem pewna, że możliwości są. Tylko trzeba je wykorzystać. 

Dlatego proszę, nie opuszcajcie mnie. 

Share:

niedziela, 8 listopada 2015

5. S.O.S. STAN AWARYJNY.

Pomocypomocypomocypomocypomocypomocypomocy.
Nie jest źle.
Nie jest bardzo źle.

Jest kurewsko gorzej, niż bardzo źle.
I nie ma nikogo. Nikogo.
Tak bardzo potrzebuje pierdolonej pomocy.

Świat jest głuchy na twoje łzy i łkanie.


Powiesz choremu na raka, że ma się ogarnąć?



Wiem, że fajnie pognić w łóżku. Tez to lubię. Ale za ścianą dziecko wam umiera.

Share:

sobota, 7 listopada 2015

4. Chciałabym oglądać dziś dużo zachodów słońca.



Poza tym jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada cicho na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.
- Haruki Murakami „Koniec świata i hard boiled wonderland”

Moja filozofia mówi, że nigdy nie można być całkowicie smutnym lub szczęśliwym. Zawsze jest jakiś cień drugiego bieguna. Nie wierzę w czernie i biele, tylko szarości. I staram się o tym pamiętać, zwłaszcza, gdy jest gorzej.
Ale czasem to ciężkie.
Czasem jestem zmęczona towarzyszącym szumem szeptów w głowie. Czasem trudniej pamiętać, co jest rzeczywiste, a co nie. Czasem jest tak źle, że wykonanie ruchu fizycznie boli, a chodząc czuję odrealnienie. Jakbym patrzyła na wszystko zza siebie. Mechanicznie działające ciało, ale „ja” jest gdzieś dalej i patrzy na przygarbione ciało z rudym czubkiem. I ja naprawdę tak to widzę.
Czasem też nie rozumiem, co się dzieje.
Bardzo często. Może jestem niedorozwinięta, ślepa, zapatrzona.
Ale wciąż nie ma czerni i bieli.

A powinnam skakać ze szczęścia. Znalazłam kogoś na swoje miejsce w mieszkaniu. Wiem, że w Poznaniu mam gdzie mieszkać. Praca chyba też się znajdzie...
Będzie dobrze.
Będzie.
Dobrze.

A jednak płacz. Ciągle płacz, aż jestem zmęczona nim i płaczę ze zmęczenia płaczem. I tak bardzo samotnie. Bez sensu, ale czuję się kompletnie pominięta i zapomniana. Niepotrzebna, a wręcz niemile widziana. I wiem, że to głupie, a jednak obawa, że tak jest rośnie i boję się cokolwiek proponować, żeby się nie narzucać.
Samotność jest okropna. Nie wiem, czy jest coś, czego boję się równie mocno.


Czuję wewnętrzny rozpierdol.
Gdybym mogła, gasiłabym papierosy na organach wewnętrznych. Bolą mnie oczy, bolą mnie policzki. Mam ochotę wyrwać sobie wszystkie włosy. Boli mnie wszystko, noszenie bransoletek od chłopaka; palce, gdy odpisuję przyjaciółce; usta uśmiechające się do kotów.
Głównie, to boli mnie życie.

Boli mnie, że nie mam co wpisać w osiągnięciach do CV. Boli mnie, że jestem nikim. Boli, że nikim pozostanę. Szara masa. Mięso armatnie. Boli mnie ogrom porażek w 20-letnim życiu. Boli rozczarowanie sobą.
Być tak boleśnie nikim. NN. Przeciętna inteligencja. Charakter też taki nijaki. Jakieś pasje? Nic szczególnego. Umiejętności? Tych to w ogóle brak. Nawet do szczególnie ładnych nie mogę się zaliczać. Nie mam nic ciekawego w sobie, nic, co mogłoby kogoś zatrzymać, nakłonić do refleksji.
A nie, mam. Cycki.

Chcę krzyczeć i wyć, żeby ktoś się tu TERAZ pojawił. Nie chcę być sama. Nie. Chcę. Być. Sama.
Tylko boję się oznajmić to światu.
Spierdolenie umysłowe lvl up.
Nie mam ochoty funkcjonować, niech mnie ktoś uratuje od tego obowiązku.
To chore, żałować świadomości, że są ludzie, którym na mnie zależy. Chore odpowiedzi na rozkazy moich demonów.
Walka jest trudna, a mnie cholernie wszystko boli.

Don’t make me sad don’t make me cry
Sometimes love is not enough 
And the road gets tough I don’t know why
Keep making me laugh let’s go get high


Share:

sobota, 31 października 2015

3. Świadomość posiadania przyjaciół.




      To zależy czego od przyjaciół oczekujesz- odezwał się Merry -Możesz nam zaufać, że cię nie opuścimy w dobrej czy złej doli, choćby do najgorszego końca. Możesz też nam ufać, że strzec będziemy twojej tajemnicy lepiej niż ty sam jej strzegłeś. Ale nie liczna nas, byśmy ci pozwolili samotnie stawić czoło niebezpieczeństwu i odejść od nas bez słowa.
      Jesteśmy twoimi przyjaciółmi
      - J.R.R. Tolkien "Drużyna Pierścienia" 

      Każdemu życzę ludzi, których mam obok. No dobra, prawie każdemu, są osoby, którym życzę gnicia w piekle, gdy gwałci ich anlanie sam Lucyfer, a oni mają ostatnie stadia raka płuc. Ale serio. Mam najcudowniejszych przyjaciół. Od podstawówki byłam zakochana w przyjaźni Syriusza Blacka, Jamesa Pottera, Remusa Lupina i Petera Pettigrew. I od wtedy marzyłam o takiej właśnie przyjaźni. Jak Huncwoci. Cóż, mam dwójkę cudnych przyjaciół, więc nikt nikogo nie sprzeda Voldemortowi. Brakuje trzeciego. :v
      I żeby nie było, że pomijam moją rodzinę, bo nie robię tego, te dwa pedały są moją rodziną. I nie pomijam także mojego krasnoluda, on jest też rodziną. I przyjacielem. A przy okazji, mogę go prosić, żeby podał mi żel do mycia, gdy go zapomnę, a nie chce mi się wychodzić spod prysznica. :v


    Tutaj fragment rozmowy na grupowej rozmowie z przyjaciółmi i krasnoludem. Zapewne ze względu na porę – po 3.30, A. się nie wypowiada, bo śpi, tak samo jak M., który zawładnął już całą kołdrą, a ja będę musiała o nią walczyć. R. chyba wrócił z jakiejś imprezy właśnie... Um, a ja, jak to ja, nie śpię, bo boję się momentu pobudki ze strachu.
    Rozmowa zaczęła się od mojego podesłania im linka tutaj.

      R.
      I skoro uciekasz z tego zjebanego Toruń, to się będzoem widzieć
      Mart Morrison
      Mniej, bo uciekam do Poznania.
      R.
      I wszystko będzie cudownie
      Mart Morrison
      Może.
      R.
      To będziesz z *****
      Mart Morrison
      mhm.
      R.
      Tak czy inaczej, będzie już po wszystkim
      Mart Morrison
      ale jestem tutaj. i on niby śpi za moimi plecami.
      jestem w każdym razie tutaj i jestem teraz.
      R.
      Bo będziesz miała cały czas kogoś bliskiego przy sobie
      Smutki niepotrzebne
      Kiedy bliscy obok
      Mart Morrison
      wiesz, jak jest ze smutkami, ziomeczku.
      idź spać
      R.
      Wiem i rozumiem dobrze
      Ale podejście niedobre
      Trzeba smutek zwalczyć
      Mart Morrison
      czym.
      R.
      Smutek nikomu się nie przyda
      Mart Morrison
      w smutku powstają ładne rzeczy.
      sztuka lubi smutek.
      R.
      Chyba że żyjesz w młodej polsce i wyznajesz dekadentyzm
      W smutku chuj powstaje
      Mart Morrison
      ewentualnie epoka romantyzmu.
      R.
      Niedobre rzeczy
      Mart Morrison
      nah.
      lubię smutki czasem.
      R.
      Nie zalecam smutek
      Pierdolenie to
      Żaden nie lubi smutki
      Mart Morrison
      ale nie takie, które zaciskają się jakoś na klatce piersiowej i duszą.
      a gdyby nie smutki, to bylibyśmy jak świnki, które dostały nowe rzygi do jedzeni.
      świnki się nie smucą.
      chciałbyś być świnką?
      R.
      To są fakty
      Mart Morrison
      smutki czasem trzeba.
      R.
      Tak, wolałbym być świnką
      Mart Morrison
      świnki śmierdzą.
      R.
      Skoro wtedy nie ma smutki
      Mart Morrison
      smutki czasem dobro.
      bo pozwalają dostrzec niesmutki
      R.
      Mogę nawet śmoerdzieć
      Skoro bez smutku radość
      Smród nie boli jak się jest świnką
      Niby jest w tym trochę racji
      Ale życie samo funduje nam smmutki pomniejsze
      Po co samemu ich sobie dokładać
      Mart Morrison
      ale nikt ich nie dokłada.
      one same przychodzą.
      R.
      Ty właśnie to robisz
      Po części
      Mart Morrison
      nah, słońce, nah.
      te dłonie je przynoszą.
      R.
      Powiedz więc, co takiego Cię zasmuca
      Mart Morrison
      te dłonie.
      R.
      Tak konkretnke
      Ale bez metafor proszę
      Mart Morrison
      bez metafor.
      te dłonie, które widzisz kątem oka.
      i to chujowe w chuj.
      R.
      Hej, Mart.
      Te dłonie nic Ci nie zrobią
      Mart Morrison
      bo nie można mieć omamów wzrokowych nie biorąc nic psychoaktywnego.
      R.
      Przysięgam
      Mart Morrison
      niby wiem.
      ale niby nie.
      bo jak to było tak intensywne, to było źle mocno.
      ja wiem, że one są zawsze, cienie są zawsze, dłonie są zawsze.
      ale jak się nie pojawiają.
      to tak, jkaby ich nie było.
      a jak się pojawiają, to się przypomina.
      wszystko.
      i było wtedy podobnie.
      kurwa.
      tak podobnie, że ojejku.
      R.
      Nieważne, czy one tam są. Ważne, że nie mogą Ci zaszkodzić.
      Mart Morrison
      przyjaciółka - si, była **** przyjaciel - si, był ***** facet -si, był *****
      mogą,
      R.
      Musisz tylko mi zaufać
      Mart Morrison
      jak one są, są też jakieś utraty świadomości. że robię coś, czego nie pamiętam.
      R.
      Te dłonie nic Ci nie zrobią
      Mart Morrison
      i wtedy najczęściej próbuję się zabić.
      R.
      Rozumiem to, sam tak miewałem
      Mart Morrison
      no to kurwa.
      Ro, ja nie chcę Was potracić.
      nie chcę słyszeć, że kolejna porażka.
      R.
      Nigdy nas nie stracisz, słońce
      Mart Morrison
      nie chcę Was porównywać do spierdolin umysłowych, ale wtedy sama byłam spierdoliną i ciężko to znosić.
      więc. wierzę, serio, wierzę i wiem.
      a z drugiej strony boję się w chuj.
      R.
      Naprawdę to rozumiem
      Ale uwierz, że nie ma nic bardziej pewnego niż to, że nigdy nie zostaniesz sama
      Zawsze będziemy dla Ciebie
      Mart Morrison
      w sumie, Ty i Anke byliście w najgorszych momentach ever, najgorszych z najgorszych. Marcin mnie ładnie ogarnia i nie mówi, że "chuja wiem o problemach, on ma maturę w tym roku!"
      wiem to.
      że jesteście najlepszymi ludźmi w moim życiu - obok rodziny i kotów, ale koty to koty.
      a z drugiej strony, to tak kurwa, nie chcę być jak ********* XD
      a tak robię, jak ona.
      R.
      Przestań. W niczym mi nie przypominasz **********, ona jest/była zwyczajnie jebnięta.. Kurwa, w sumie nie wiem, co mam Ci powiedzieć, żeby Ci uświadomić, że to wszystko, co Cię skłania do takich myśli, to tylko Twój umysł próbujący zrobić Cię w chuja
      Mart Morrison
      najeb mu.
      R.
      Wiem, że ciężko jest to po prostu zignorować, ale to wydaje mi się być jedynym wyjściem. Udawaj przed samą sobą, że to nie istnieje, nie słuchaj głosów, nie zwracają uwagi na dłonie itd. Jedyne, co to w Tobie podsyca, to Twoje własne myśli. Kiedy pokonasz te myśli, to minie
      My będziemy Cię w tym wspierać
      Mart Morrison
      wiem, rly, wiem, że będziecie, nawet nieświadomie.
      bo najgorzej jest, gdy jestem sama. nawet sama-nie-sama.
      ale wiesz, jak jestem z kimś, to po prostu mam jakiś tik, czy coś i ok, halo, nie ma, rozmawiam dalej.
      jak nie ma, to nie mam się na czym skupić.
      w sumie, będę miała wpierdol za to, że nie obudziłam użytkownik ******.
      bo kazał.
      jak będzie źle, to mam budzić.
      R.
      Ale Mart. Wcale nie jest tak źle. To wszystko możesz pokonać, wierzę zresztą, że z naszą pomocą to wcale nie będzie takie trudne.
      Mart Morrison
      tak, wiem.
      ale gdy jesteś w tym, to są momenty, że wydaje się niemożliwe.
      nawet podniesienie powiek czasem jest trudne.
      mimo że nie śpisz.
      R.
      Wiem o tym
      Mart Morrison
      ehu, kurwa, idziemy spać.
      koniec.



      R.
      Ale zawsze pamiętaj, że masz kogoś, z kim możesz porozmawiać
      Mart Morrison
      wiem, Ro, wiem.
      i dziękuję Wam za to.
      R.
      Nie ma za co, po to tu jesteśmy :)




    Nie wiem, którym Bogom mam dziękować za takich ludzi obok. Nie wiem. Może wydrukować pełno zdjęć z nimi i poprzyklejać na meble, obok fragmentów rozmów? :v W każdym razie, dziękuję zarówno wszystkim Perunom, Odynom, Zeusom, a także Allahom, czy Jezusom.
    Teraz idę walczyć o trochę pościeli.
    A wszystkie imiona zostały ogwiazdkowane (chyba wszystkie...). Z myślą o spierdolinach wspomnianych w tejże rozmowie. c:
    Post jest dziwnie sformatowany przez walkę z wklejeniem rozmowy z czatu FB... 




Share: