Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mart myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mart myśli. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2016

36. Trzy filmy, które mają moje serce po wsze czasy i kilka innych, które też są fajne

Nie samymi książkami człowiek żyje! Są także filmy. Dzisiaj chciałabym skupić się właśnie na nich. Zwłaszcza, że ostatnio stan zdrowia utrudnia mi obcowanie ze słowem pisanym. Oglądanie ruchomego obrazu jest łatwiejsze. Chociaż żywię naprawdę wielką nadzieję, że obejdzie się bez leków… Wizytę mam w przyszły wtorek. Proszę o kciuki.


Mamy jesień! Czas dobrego wina i smacznej herbaty, ciepłego koca i kapci. Zapalonych świeczek i maratonów filmowych. Dlatego pomyślałam, że pochwalę się moimi ulubionymi filmami. Konkretnie trzema. Dodam także, że utrzymują się w tej ścisłej trójce od kilku lat, bodajże od premiery najmłodszego z nich :-)

Polecam je gorąco, jeżeli ktoś nie miał przyjemności zapoznania się z którymkolwiek z nich.




„Wszystko za życie” (2007), reżyseria: Sean Penn

Chris McCandless jest postacią, która w dość duży sposób wpłynęła na moją osobę. Dlaczego i jak? Wszak nie zostawiłam wszystkiego za sobą i nie wyjechałam w Bieszczady! (dałam taki nasz, rodzimy odpowiednik tego, co zrobił Chris) Nie jestem jednak w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale jego historia, zarówno opowiedziana w filmie, jak i książce, na podstawie której film nakręcono, zmieniła we mnie coś nieodwracalnie (książka o tym samym tytule, autorstwa Jona Krakauera). Czy to fragmenty dziennika Chrisa, czy mit, który stworzył, nie wiem. Może też kwestia tego, że zawsze ciągnęło mnie do podróży, a raczej ucieczki. Mania włóczęgostwa.

Ale od początku, bo nie każdy pewnie wie, co to za film.

Christopher McCandless był postacią jak najbardziej autentyczną. Młodym facetem, który ledwo skończył naukę. Jednak pewnego dnia wyruszył przed siebie, bardzo szybko spalił dokumenty i zostawił swój podręczny dobytek. Wcześniej przelał także wszystkie swoje oszczędności na rzecz fundacji walczącej z głodem. Przedstawiał się jako Alexander Supertramp i podróżował. Nie dał żadnego znaku rodzinie, zupełnie odcinając się od swojego wcześniejszego życia. Film jest wart uwagi, jeżeli nie dla samej historii, to dla muzyki i zdjęć.




„Tylko kochankowieprzeżyją” (2013). reżyseria: Jim Jarmusch

Tutaj film dość specyficzny. Akcja jest bardzo powolna, można rzec, że nic się nie dzieje, jednak nie znam historii (ani filmu, ani książki), która oddawałaby tak dobrze istotę wampirów. Znudzonych długowiecznością, zakochanych w sztuce i przerażonych tym, dokąd zmierza świat.

Jest to zdecydowanie bardzo depresyjny film, dramat egzystencjalny, a jednocześnie daje piękne przesłanie nadziei, że w świecie, który wydaje się, zwariował, jest miejsce na miłość – i jest ona konieczna do przetrwania.

Opisanie fabuły sprawiłoby, że film wydałby się błahy, także nie powiem nic na jej temat. Dodam za to, że mamy tu dwie z najpiękniejszych aktorek wszech czasów – oczywiście moim zdaniem. Mianowicie Tildę Swinton oraz Mię Wasikowską.




„Pęknięcia” (2009), reżyseria: Jordan Scott

Jest to film, o którym bardzo ciężko coś napisać i nie zdradzić jego fabuły w stopniu, który popsułby przyjemność z oglądania. Akcja toczy się w latach trzydziestych poprzedniego wieku w dziewczęcej szkole z internatem. Główną atrakcją szkoły jest panna G., młoda, szalenie charyzmatyczna nauczycielka, która jawi się swoim uczennicom, jako bogini. Opowiada im o podróżach, przygodach, także miłosnych, a czasem pozwala zaciągnąć się papierosem. I wszystko byłoby spokojnie, gdyby w szkole nie pojawiła się nowa uczennica, która stała się nową ulubienicą panny G. W filmie obserwujemy zmieniające się relacje między bohaterkami, a także wiele więcej rzeczy, dużo bardziej porywających, jednak, aby nie psuć nikomu seansu, nie powiem jakich :-)

Kulawe, nie?

Na swoją obronę wspomnę jeszcze o cudownej grze aktorskiej, głównie Evy Green, hipnotyzującej zabawie światłem oraz zdjęciami, które zapierają dech w piersiach. Naprawdę warto!




Ponadto, wymienię także kilka filmów, które również zasługują na odświeżenie, lub poznanie, chociaż wątpię, aby dla kogoś były nieznane, bo mój gust filmowy jest bardzo mainstreamowy :-)

Przyznam się szczerze i bez bicia, że kino akcji, czy filmy katastroficzne mnie nużą, co więcej, nie znoszę ich. Podobnie jest z większością horrorów. Oczywiście od tej zasady są wyjątki - bardzo podobał mi się „Everest” z 2015 roku, w którym zagrał Clive Standen (rolę bardzo drugoplanową,ale zawsze). A w sprawie kina grozy, to tytuły takie jak „Sierociniec” lub „Inni” z Nicole Kidman uważam za naprawdę bardzo klimatyczne kino.

Idąc za ciosem tematyki nomadów, takich jak Chris, znalazłam „Dziką drogę”, która także opisuje prawdziwą historię i jest równie porywająca. Oglądałam ten film z Tatą, któremu podobał się o niebo bardziej, niż historia McCandlessa. Z Tatą oglądałam także „Dziewczynę z tatuażem”, do dziś oboje jesteśmy pod wrażeniem tego filmu, wszystkie sceny przyjęliśmy ze stoickim spokojem. Poza jedną, konkretnie tą z kotkiem...

Z filmów, którymi zachwycałam się wraz z rodziną, warte wspomnienia jest także kino Pedro Almodovara, które przypadło do gustu przede wszystkim mojej Mamie. Uważam, że maratony jego filmów są cudowne na jesienne wieczory, mi przede wszystkim podobały się „Porozmawiaj z nią” oraz „Skóra, w której żyję”

Aby nie było zbyt poważnie, przyznam się też do swoich ulubionych komedii romantycznych - których z założenia także nie lubię. Nowiutkie „Zanim się pojawiłeś” oraz „Czas na miłość” i kultowy... „Titanic”. Uwielbiam ten film! A także „Upiór w operze”, który wzrusza mnie za każdym razem. Nie mogę także pominąć „Dumy i uprzedzenia” oraz „Draculi”.

Za wyjątkowo słodkie i przyjemne filmy uważam także „Mój tydzień z Marilyn”, „Artystę” oraz „Śmietankę towarzyską” i „O północy w Paryżu”.

Nie może także zabraknąć „Edwarda Nożycorękiego”, „Marzyciela” i „Sweeney Todda: Demonicznego golibrody z Fleet Street” z nieśmiertelnym Johnnym Deppem.

Dobra, z tą nieśmiertelnością przesadziłam, z filmu na film jest coraz gorszy...


I to by było na tyle.
Share:

wtorek, 5 lipca 2016

26. Kiedy zmywam naczynia myślę o egoizmie oraz liczbie cegieł w Malborku



Dzień 7786.
Już ponad 21 lat żyję na planecie zwanej Ziemią, lub z łaciny Tellus. Jestem jednym z ponad siedmiu miliardów przedstawicieli mojego gatunku.
Nigdy nie wyobrażałam sobie, ile to jest – siedem miliardów. Zastanawiam się, czy mogłabym jakoś ustosunkować się przy liczbie cegieł w zamku malborskim. Chociaż chyba nikt ich nie policzył. Jest za to mówione, iż to ich największe skupisko w tej części Europy.
Siedem miliardów to dużo.

Co zatem znaczę ja? Jedna malutka jednostka, której nawet nie bierze się pod uwagę, gdy widzi się liczbę siedmiu miliardów.
A jednak jestem tu i widziałam zamek w Malborku z wielką ilością cegieł. Jedna cegła może zabić, gdy spadnie w nieodpowiednim czasie, zatem ja też mam jakieś znaczenie – mogę wpłynąć na wiele rzeczy.

Ale to nieważne. 

Jestem Mart, Mart Morrison, Martyna Ewa Miler. Mam 21 lat i przypisany numerek zaczynający się od mojego rocznika. Zostaną po mnie jakieś wyblakłe kartki z tym numerkiem: rejestracja na uczelnię, świadectwa dojrzałości, mandaty. I pewnie wiele innych rzeczy.
Jestem numerkiem.

Chociaż przedstawiam się jako Mart.
Bliżej mi do bycia Mart niż do bycia numerkiem.
Chociaż na świecie żyje wiele osób przedstawiających się jako „Mart”, a mój numerek jest jedyny.
Ale nadal wolę być Mart.


Odbieram świat jako ja. I tylko jako ja. Czasem może próbuję wczuć się w kogoś innego, ale najlepiej wychodzi mi patrzenie przez pryzmat siebie.
Tak, jestem też egoistką. Egoistka Mart.
I nie sądzę, aby to było coś złego. Egoizm w odpowiedniej formie jest zdrowy. Nie wierzę w altruizm.

Bo jeżeli działam tak, aby nazywać siebie „altruistą”, czy nie robię tego, aby dobrze czuć się ze sobą, bo (ja) uważam, że tak należy? Zatem, czy nie jest to egoizm? Jeżeli wyślę pięć tysięcy złotych dla głodujących dzieci z Afryki, będę dobra, dołożę małą cegiełkę do budowania im lepszego bytu, ale… dlaczego to zrobię?
Zrobię to żeby pomóc dziecku, którego nigdy na oczy nie zobaczę? Jestem gotowa wyrzec się dla nazwijmy go, Bambo, lalki, o której marzę? Za pięć tysięcy mogłabym kupić lalkę, nawet limitowaną i wyposażyć ją w najlepszych sklepach!
Tu pojawia się kolejna myśl: egoizm i altruizm są zawsze w parze. Jedno nie może istnieć bez drugiego.
Często w filmach/serialach/książkach/czymkolwiek powtarzana i wałkowana jest myśl: światło nie może istnieć bez ciemności i na odwrót.
Ciemność jest na ogół tą złą. Ale nie może być przecież tą złą. Dzięki niej istnieje światło, to dobre. Poza tym, dlaczego ciemność w ogóle miałaby być zła? Koty widzą lepiej w ciemności, a intensywne światło oślepia także człowieka.

No ale wracając do egoizmu.
Postępując w jakikolwiek sposób, robię to, co jest dobre dla mnie, moich priorytetów. Załóżmy: jestem śmiertelnie chora, nie zostało mi wiele. W tym czasie dowiaduję się, że mojej ukochanej osobie potrzebny jest przeszczep jakiegoś organu – przypadkiem mogę być idealnym dawcą. Decyduję się na eutanazję (o ile mój kraj pozwala mi na to). W tym przypadku moim priorytetem było życie kogoś, kogo kocham, ale… to nadal był mój priorytet.

Jest siedem tysięcy siedemset osiemdziesiąty szósty dzień mojego życia. I tego dnia zapisuję, iż wszyscy jesteśmy egoistami. Ale to nie jest nic złego. Od nas zależy, jak ukształtujemy samych siebie i jak będziemy postępować.
Tak samo, jak od nas zależy, jak będziemy świat postrzegać, ale to już inna myśl. No bo: jednym okiem widzę kolory inaczej, niż drugim. Różnica jest minimalna i ponoć większość ludzi tak ma.




Są trzy osoby. Każda widzi inną figurę. Która ma rację?
Każda.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak to mówią. Ale to dygresja. Oczywiście, nie można brnąć zbyt daleko w tolerancji zdania innych, gdy wmawiają nam, że czarne jest białe. Ale już coś, co dla mnie jest czarne, dla kogoś może być jedynie ciemnym szarym.

Nie wiem, co mi wpadło do głowy, aby to pisać. Zaczęłam sobie myśleć w ten sposób zmywając naczynia po obiedzie. Zaczęłam myśleć o każdej nieistotnej dla siedmiu miliardów jednostce, która pojawieniem się w moim życiu – wpłynęła na nie.
I mówię tu nawet tych najdrobniejszych spotkaniach – o pani, która miała dużo srebrnych kolczyków i uśmiechnęła się do mnie, gdy koło 14 szłam po przyprawę do kurczaka na obiad.
Zaczęłam myśleć o ludziach, którzy wyraźniej kształtowali moją osobę: o każdym – w moim mniemaniu – idiocie, który po przyjęciu alkoholu, czy pod wpływem innego imprezowego wyskoku, zaczyna wmawiać innym własny geniusz, a zapomina o ważnej rzeczy. O tolerancji, o szacunku do innych bytów, które dla samego idioty nic nie znaczą, bo, ot, raz spotkana osoba. Ale te byty są drugim wszechświatem zaraz obok. Zazębiamy się. Ty możesz wpłynąć na mój świat, mój drogi idioto, wpłynąłeś pewnie na ten tekst, a to dużo. Czy ja w jakimś sposób wpłynęłam na Twój świat? To Twoja sprawa, mnie już prawdopodobnie nie dotyczy.

Myślę, że to przepiękne. Przepiękny jest ten nasz egoizm. Przepiękne jest dostrzeżenie, gdy w moim świecie widzę zarys innych światów.
To naprawdę piękne.


Share:

piątek, 1 kwietnia 2016

19. Wycieczka po Lodowym Pałacu - pozwiedzajmy depresję.

Znowu jest późno.
Od dłuższego czasu nie mogę zasypiać. Leżę w łóżku i przez kilka godzin… leżę. Ostatnio nawet nie przeszkadza mi pochrapywanie Krasnoluda, jeżeli śpi obok (a w zasadzie, to przestał pochrapywać). Czasem mam pretekst, bo coś jeszcze napiszę, przeczytam, poczekam. Ale potem i tak przynajmniej dwie godziny zmieniam pozycję, bo może jakaś będzie tak wygodna, że zasnę.
Ale nie o tym.
To tylko wstęp.
Dzisiaj, aby uniknąć przewracania się i zakrywania całej siebie kołdrą (bo Krasnolud jest u siebie), przeglądam internety.
Trafiłam na jakiś wyjątkowo durny kanał na YT. Zabłądziłam. Tak zdecydowanie mocno, chociaż zaczęło się od przeglądania Ponky. Przez Gimpera (którego szczerze nie znoszę), do… sióstr Fitdevangel.
Czegoś tak durnego, jak ich filmy nie widziałam od dawna. I nie wiem, która jest głupsza.
Ale filmik o depresji.
Nie skończyłam go, bo narosła we mnie ogromna ilość bullshitu. Ten filmik obejrzało ponad 57 000 osób!
I jak przeżyłam jakże piękne przedstawienie osoby chorej, jako blond-aniołka tandety, który marudzi i ogląda siedem filmów pod rząd, tak…
„Nie pójdziesz do żadnego lekarza po leki!”. Dlaczego? Bo faszerujesz się chemią. Bo zasilasz koncerny. A przy okazji, możesz doprowadzić się do stanu, w którym będzie zbyt późno na leki, ale to mniej ważne, bo przynajmniej zabijesz się nie mając w sobie toksyn leków. :-)

Faktem jest, że depresję można leczyć nie biorąc leków. Jednak jest to trudne i w przypadku zaawansowanego stanu choroby – nierealne.
Ale zacznijmy od najważniejszego: depresja to nie chwilowy smutek. Mówi się, że znaczna część społeczeństwa cierpi na tę chorobę. Pewnie jest to prawda, jednak to sprzyja temu, aby połowa (ponad?) internautów stwierdziła ją u siebie.
Zawsze podawałam pewien przykład.
Wyobraź sobie, że jesteś tak cholernie głodny. Zjadłbyś cokolwiek, nawet to, czego nienawidzisz, na przykład kiszoną kapustę. Cokolwiek. A przed sobą masz swoją ulubioną pizzę. Wystarczy wyciągnąć rękę.
Ale nie masz na to siły. Nie możesz zmotywować się, aby wykonać prosty ruch – zakładając, że masz sprawną rękę.
Taka jest depresja. Czasem, przez godzinę zbierasz się do tego, aby zawołać kogoś, kto mógłby przewrócić Cię na drugi bok, bo sam tego nie zrobisz.

Kiedy terapeuci pytali mnie o kolor, którym opisałabym, co czuję, mówiłam o zimnych, błękitnych kolorach lodu. O pałacu z lodu. Z zimnych kryształów, które poetom wydają się piękne, ale gdy stanowią Twój dom… ciągle się o nie kaleczysz i są zimne. W dodatku za oknem nic nie ma, kompletna pustka. Lodowy pałac musi stać na odludziu, a słychać w nim tylko śnieżną wichurę. I Twoje kroki.

Ale, u mądrej youtuberki dowiadujemy się, iż depresję powoduje brak celów i marzeń.
Nie. Depresja zabija Twoje cele i marzenia. Zapominasz o nich. Nie osiągniesz ich nigdy, ale wiszą nad Tobą jako kolejna porażka. Nie będziesz próbować, bo… bo nie dasz rady.
Albo nękanie w szkole, odejście kogoś bliskiego, złamane serce (chłopak z 3A nie zwraca na mnie uwagi, a tydzień temu powiedział mi cześć – mam depresję!).
Tak naprawdę, depresja nie musi mieć podłoża w tym, co się dzieje lub działo. Oczywiście, może, ale… nie musi. Może przyjść tak samo, jak grypa. Albo raczej złamana noga, bo grypę łapiesz od kogoś, a noga łamie się przypadkiem. Tak, o.

„Wybór należy do ciebie” to bardzo pozytywny slogan. Pewnie. Ludzie bulwersują się, gdy mówię, że tak jak chory na raka nie wyzdrowieje, gdy sobie zapragnie, tak samo osoba chora psychicznie nie jest w stanie tego zrobić. Depresja jest chorobą, a nie fanaberią.
Leczenie jest potrzebne.

A jest okropne.
Psychiatrzy zapewniają, że od tych leków nie przytyjesz, że nie mają negatywnych wpływów. Brałam bardzo wiele różnych tabletek. I wszystkie mnie otumaniały. Objawy schizofrenii czy depresji były mniejsze lub większe, ale tak samo było, gdy odstawiałam sobie leczenie. Otumaniona byłam ciągle.
Uwielbiałam zawsze pisać i malować, tworzyć. Przestałam, bo głupie wyobrażenie sobie opisu ulicy w książce Murakamiego przerastało moje możliwości. A co dopiero coś, co sama miałabym stworzyć. Czytanie w ogóle było nierealne.
Najlepiej siedziało mi się w zasyfionym pokoju. Gdy robiło się ciemno, musiałam zacząć zbierać siły, aby za godzinę lub dłużej wstać i zapalić światło. Chociaż: po co?
Kiedy zaczęłam chorować ważyłam cudne 53kg. Byłam wtedy wychudzona, moje leczenie zaczęło się między innymi od tego, iż rodzice zauważyli, że drastycznie schudłam.
(tutaj nastąpi terapia dla mnie)
W kwietniu '15 ważono nas na bilansie przedmaturalnym. Pierwsza cyferka, którą widziałam to „8”.

Według aniołka sposobem na terapię jest „wzięcie się w garść” oraz rozpisanie sobie, kim chciałoby się być za kilka lat, uwzględniając ubiór, poruszanie się, samochód.
Kiedy masz depresję, masz nadzieję, że za kilka lat przestaniesz istnieć. Znikniesz.

W zasadzie, blondynka wzbudza w widzu uczucie, że jego depresja (zakładając, że ktoś z depresją ją ogląda) to coś, czego powinien się wstydzić. Bo ludzie mają gorzej.


Skończyłam na 4:02. Może w ostatnich sekundach blondyna zdejmuje maskę i okazuje się, że to Człowiek Warga wszystkich trollował, ale w obawie, iż tak nie jest, nie skończyłam tego filmiku.

Wyjście z depresji jest trudne. Leczenie jest konieczne. Można zrezygnować z farmakologii, ale terapia jest bardzo ważna. I to psychiatra powinien zdecydować, czy możesz zrezygnować z leków.
Ja wiem, że łatwo się mówi, bo sama odstawiałam leki bez konsultacji. Bo nie mogłam wypić ze znajomymi (chyba i tak już nigdy nie będę miała tak mocnej głowy, jak przed leczeniem), bo przestałam tworzyć, bo tyłam, a nie ukrywajmy, dla młodej kobiety jest to duży problem.

Ten blog powstał jako jedna z terapii. Miałam tu pisać co mnie boli i udostępniać moim bliskim. Myślę, że wciąż spełnia swoją rolę, ale korzystając z tego, iż mam coraz więcej wyświetleń, chcę napisać tutaj coś, co może trafi do jednej chociaż chorej osoby. Do osoby, której społeczeństwo mówi w ten sam sposób, co niezbyt mądra youtuberka.

Najważniejsze jest, aby depresję stwierdził lekarz, co pisałam już wyżej. W najgorszej fazie choroby trzeba brać leki. Ważna jest terapia. Ważne jest wsparcie – które często na terapiach grupowych istnieje. Ja miałam cudną grupkę, gdy pierwszy rok uczyłam się w szkole przyszpitalnej (bo drugi był porażką…). Kiedy osoba chora na nowo nauczy się decydować o sobie i nie poddawać się, nie wolno zasypywać jej pomysłami, a także lekko studzić jej zapał na milion zajęć.
Krok po kroku.

Leczenie farmakologiczne jest jak nauka chodzenia. Leki są ręką, która trzyma Cię i łagodzi upadki przy pierwszych krokach. Ale prędzej czy później zaczynasz iść sam. Będziesz upadał jeszcze wiele razy, ale, kiedy uznasz, że dalej dasz radę iść sam… musisz wstawać.

Czy ja wyzdrowiałam? Nie wiem. Może kiedyś mi znowu wrócą te najgorsze stany. Ale póki co jest dobrze. Jest normalnie, mam problemy, z którymi boryka się wiele innych 21-latek. Kiedy zauważę jakieś niepokojące objawy – udam się na terapię. Szybka reakcja pomoże uniknąć leków, których nie wspominam dobrze, chociaż wiem, że bez nich nie przeszłabym tej choroby.


A nawiązując, mogę się pochwalić: 
Zdjęcia z chwili obecnej zbytnio nie mam. Jedynie na moim fejsbuczku chyba jakieś aktualne. Wyglądałam jak ogr, tak. W świąteczną sobotę waga pokazała mi 55kg, Krasnoludmi świadkiem. Wzrost mam wciąż taki sam, waga prawidłowa. Wróciłam do niej bez żadnej diety. 
Mówi się, że leki schodzą. 
Schodzą. 
albo mam tasiemca... 




Share:

piątek, 18 marca 2016

17. Młodzi rodzice.

Ponoć, gdy dwóm kobietom synchronizuje się miesiączka, znaczy to, że osiągnęły naprawdę wysoki poziom przyjaźni.
Dlatego cieszę się, że mojej przyjaciółce i mi okres zsynchronizował się w tym miesiącu.

Jednak, gdy spóźniał się ponad trzy tygodnie miałam... nadzieję.
Tak, nie mam pracy, wyższego wykształcenia, jedynie mój narzeczony jest na drugim roku i pracuje. Ale miałam nadzieję. Mam tę nadzieję co miesiąc od kilku miesięcy. Czuję się z tym trochę źle, bo wszyscy mówią mi, że będzie ciężko, że zbyt wcześnie. Że dzieci zabierają młodość i nie można imprezować. Że kończą się szaleństwa. Że jeszcze tyle życia przede mną, będzie czas na dzieci, ale później.

Moi rodzice dostawali stypendia naukowe na studiach, gdy byłam dzieciaczkiem. Gdy miałam młodszego braciszka. Dali radę. I spełnili rolę najlepszych rodziców, jakich mogłam mieć, mimo częstych awanturek i niesnasek.
Myślę, że nie ma drugiego małżeństwa, które zniosłoby tyle problemów z dwojgiem latorośli.

Jestem pewna, że chcę mieć dziecko. Jestem pewna, że damy z Marcinem radę żywić się chlebem z pasztetem na wszystkie dwa posiłki, żeby brzdąc nie był głodny i jadł zdrowiej, niż rodzice. Jestem pewna, że zapewnimy mu to samo, co zapewnilibyśmy mając po dziesięć lat więcej i dobrze płatne prace.
Bo nie liczy się to, aby malec miał najdroższe ubranka i zabawki, żeby pokoik był cudny, jak te w IKEI, które dziś oglądałam.
Ważniejsza jest kochająca rodzina, której przykład miałam i którą sama zapewnię maluszkowi.

Nie będziemy starać się o fasola, tak jak nie staraliśmy się wcześniej. Jednak, zabezpieczenia nie dają stu procent pewności, zatem... zatem będę mieć nadzieję, że zobaczę te dwie kreski. Kiedy? Nie wiem, za miesiąc lub za dwa lata (chociaż to jeszcze tak długo...!).

A co z karierą, wykształceniem?
Nic specjalnego, pójdę na studia, tak jak chciałam. W tym momencie najważniejsze jest dla mnie dziennikarstwo. Jednak zastanawiam się nad uczelnią publiczną i prywatną. Nie wiem, czy jest jakakolwiek różnica, jeżeli komuś zależy na zdobyciu wiedzy. Chyba tylko wątpliwy prestiż.
Chciałabym zrobić także grafikę, jednak to zdecydowanie na uczelni prywatnej. Gdybym myślała dużo wcześniej o tym, teraz zastanawiałabym się także nad psychologią.
Są to trzy dziedziny, które chciałabym rozwijać (bo sztukę samą w sobie, jaką uważam za malarstwo i tak będę praktykować, to samo dotyczy craftu, bo po prostu to lubię). Oczywiście, psychologia wymagałaby ode mnie wystawienia na ciężką próbę własnej woli.


A studia i malec?
Da się, widziałam na własne oczy. Myślę, że pierwszym wspomnieniem, które pamiętam, a nie o którym słyszałam, są schody w budynku, w którym moja mama miała zajęcia. Miały jasne plamki, takie jakby wbite i wyszlifowane kamyczki. Pamiętam Pana Dziadka na uczelni taty, który dawał nam naklejki na drzwi i często jedliśmy u niego wafle Teatralne.
Zatem da się.
A rodzice studiowali dziennie. Ja myślę o wieczorowym.



Ale nieważne.
Póki co, nie ma fasola. I jak pisałam wyżej, nie będziemy się o niego starać. Jeszcze nie.
Dziś dowiedziałam się, że mój stary znajomy, o którym już chyba wspominałam na tym blogu, będzie tatą. Będzie tatą dziecka, które urodzi mu znajoma, którą poznał u mnie.
/tak btw. to zabawne, bo ja poznałam Krasnoluda dzięki owemu znajomemu/
Plotka obiegła świat oczywiście. Słyszę, że są młodzi, że jak oni dadzą radę, że tak szybko, bo nie są długo razem... I sama też tak myślę. A z drugiej strony: no i co?
Bycie młodym rodzicem to niewątpliwa zaleta. Nie tylko dla rodzica, bo sama szczyciłam się w podstawówce wiekiem moich. Później wmawiano mi, że jestem wpadką (nie jestem!).
Jak dadzą radę? To zależy od nich. A to, że są razem krótko... to też nic nie znaczy. Krasnolud oświadczył mi się także bardzo szybko.


No i jeszcze jedna rzecz: JAK MY SIĘ ZESTARZELIŚMY. Chwilę temu nie myśleliśmy nawet o maturach, były abstrakcją. Gdzieś tam daleko widniały nad nami. Chwilę temu byliśmy tak inni, niż teraz, a przyszły ojciec miał długie włosy. Teraz jest łysy.
Share:

czwartek, 17 marca 2016

16. Sorry Polsko.



Ostatnio wrze od muzyki Marii Peszek.
Maria Peszek nigdy nie była milusia i potulna. Jej teksty zawsze były ostre, zawsze były dosadne. Moim zdaniem ten okropny i bluźnierczy singiel "Modern Holocaust" wcale nie jest dużo mocniejszy od "Sorry Polsko", "Amy" czy innych.
A w zasadzie, jest dużo mniej kontrowersyjny.
Jestem w stanie zrozumieć oburzenie niektórych za "Sorry Polsko", sama też się nie zgadzam z tym tekstem, oddałabym kilka kropli krwi mojemu domowi. Chociaż przyznam, nigdy go nie analizowałam, przelatywał na płycie, bo na "Jezus Maria Peszek" jest wiele bardziej chwytających mnie utworów.

Ale... sprawa przy "Modern Holocaust" jest... komiczna.
Nie będę analizowała każdego fragmentu tejże piosenki. Próbowałam, ale nie udało mi się jednej zwrotki skończyć, ponieważ, jak to się mówi: gniłam, kisłam, fermentowałam.

Standardowo dla Mart skupiam się na ludziach. Społeczeństwie.
Kilka dni po premierze jakże bluźnierczego singla powstało wydarzenie "TAK DLA DELEGALIZACJI MARII PESZEK". Przeglądałam z zainteresowaniem, rozbawieniem, ale... dzisiaj się boję. Tutaj mam ochotę powiedzieć: sorry, Polsko.
Bo szkoda mi, że przyszłość mojego kraju stanowią tacy ludzie.


Nie ma talentu, głosu, chociażby wyglądu 
 Serio? Serio, przy artystce musi być "chociażby" wygląd? Serio? Dalej zarzucają jej, że Polaków nie interesuje jej kontrowersja. Tutaj mózg mi się wiesza. Przecież właśnie zrobiła rozpieprz na wszystkich poważnych portalach!

Zastanawia mnie też dlaczego Peszek jest twórczynią bełkotu według internetowych hejterów, których muszę tłumaczyć. Odsiewać z ich wypowiedzi bluzgi i inwektywy o kaleczeniu mowy, o którą ich dziadkowie walczyli nie wspominając.


Tak, ja też hejtuję.
Hejtuję, ponieważ nie rozumiem, dlaczego Polak Patriota za najgorsze wyzwisko uznaje "Żyda" ewentualnie "lewaka" (swoją drogą, hehe, Piłsudski należał do Polskiej Partii Socjalistycznej, która była... LEWACKA! chociaż sam Dziadek z tego co pamiętam unikał opowiadania się po jakiejkolwiek stronie).
Jednak, moi koledzy i koleżanki z tej prawej strony rozpływają się nad żołnierzami wyklętymi, nad powstańcami.
Gdyby kiedykolwiek, ktoś z Was, moi kochani, tutaj wpadł i to czytał: CZY SERIO UWAŻACIE, ŻE ONI POPARLIBY WAS TERAZ?
Przecież niejednokrotnie w szeregi Państwa Podziemnego wkraczali Żydzi, którzy przeżyli lub uniknęli getta. Przecież odbijano transporty i ratowano żydowskie dzieci. Żydzi stanowili mniejszość naszego kraju od... zawsze. Bo już w X wieku byli tutaj jako handlarze niewolników (niezbyt chwalebne, pewnie).  Ale już w XVI wieku w naszym kraju żyła znaczna część Żydów zamieszkujących Europę, nie pamiętam liczb, gimnazjum było bardzo dawno.


Chciałam napisać coś sensownego. Ale... chcę już zakończyć.
Sorry Polsko.
Sorry, bo uczyniliśmy Cię ojczyzną absurdu.
Sorry, bo chyba zapomnieliśmy, jak piękna jesteś. W historii, w kulturze, w krajobrazach, w trudnych sytuacjach.

Kończąc muzycznie, ale nie Peszkowo:
w moim kraju / czasem boję się żyć
Closterkeller - W moim kraju 


PS. A jak odłożę pieniądze, to na złość delegalizacji jednej z lepszych polskich artystek, kupię wszystkie jej albumy. Jakby było mnie stać, to na winylach! Ale małymi kroczkami... :-)
Share:

piątek, 12 lutego 2016

14. Jaka jest Druga Nibylandia?

Noc jest zdecydowanie najlepszą porą na pisanie tutaj.

Kiedyś były dni, które zaczynały się koło północy. Spotykaliśmy się i szliśmy na górki lub studnię. Lub gdziekolwiek. Jedna osoba miała paczkę papierosów, najpewniej dużych, niebieskich Lucky Strike'ów lub czerwone Chesterfieldy setki. Rozmawialiśmy i śmieszkowaliśmy. Chodziliśmy po praktycznie pustych uliczkach naszej dzielnicy i... 
i cały świat był nasz. 
Teraz, choćbym chciała nie mogę. 
Nie tylko dlatego, że ta dzielnica jest daleko, a w Poznaniu nie ma dwójki z tych cudownych osób. Bo przecież nie jestem tu sama, mogłabym, teoretycznie, wpakować się w jakiś nocny i jechać na most św. Rocha lub Wartę. Ale tylko teoretycznie. W praktyce nie mogę.
Mieszkam w dzielnicy, która nie wygląda zbyt bezpiecznie. Zabawne, bo w tej naszej spotkało mnie zło kilkukrotnie. Tutaj nie - jedynie jakieś małe romskie (hehe) dziecko powie, że mam ładne nogi. Ale nie znam Poznania, nie znam i się go boję. Chodząc tutaj czuję przytłaczającą samotność. A nawet oderwanie od miłych wspomnień. 
Tęsknotę.

I nie, nie chcę wrócić, absolutnie. 
Życie tutaj jest bardzo szybkie. Mało kiedy mam czas. Nawet nie wiem do końca, dlaczego, bo nie mam aż tylu zajęć. Ale faktem jest, że od poniedziałku do niedzieli czas leci bardzo szybko. 
I jest dobrze. 
Kocham Tatę, z którym mieszkam, kocham Krasnoluda, lubię pogadać z sąsiadem i znajomymi pracującymi w okolicy. Fajnie, gdy wstanę rano i ogarnę trochę, pozmywam naczynia z wieczora i wstawię pranie. Czasem pomyję dokładnie łazienkę lub kuchnię. W poniedziałki robię listę zakupów, bo znowu skończył się płyn do płukania lub gąbki. 

Ale bywa źle. 
Bywa, że siadam nad zeszytem, w którym notuję wydatki z każdego dnia. Bywa, że nie wiem, czego sobie odmówić, aby mieć możliwość zrobić prezenty najbliższym. Lada moment Tatuś ma urodziny, nie zdążę już zrobić tego, co chciałam, trudno, a drugi pomysł też jest ciężki do wykonania, bo nadal potrzebuję składników. A wystarczyłoby 50 złotych! Trochę dalej jest Pyrkon, na który nawet nie mamy jeszcze wejściówek. Wiem, że skończy się tak, iż kupi je Krasnolud, bo ja przecież nie mam za co. Na Pyrkonie mieliśmy być Poszukiwaczami z Talizmianiu, Czarownik, Czarownica, Wróżka i Wojownik. Byłoby fajnie, nie widziałam jeszcze cosplayu z tej planszówki. Ale nie mam jak wyłożyć na materiały, bo przecież ja będę szyła. 
Mam w tym roku możliwość spędzić z kimś pierwsze walentynki w życiu. Chciałabym pozwolić sobie na obdarowanie Krasnoluda chociażby dobrą czekoladą.
Ale nie chodzi o pieniądze, przecież mam co jeść. Boję się, że nie ogarnę nigdy tego, aby gospodarować funduszami, boję się, że utknę w mierności i nie będę mogła podnieść oczu znad rachunków, aż cały widok zasłonią mi napuchnięte od zmęczenia i łez powieki.
I nie będę sama, wiem.
Boję się jednak, że będziemy zbyt nieszczęśliwi porażką materialną, aby się kochać. A ten strach mnie paraliżuje. 


Po prostu czasem płaczę nad wydatkami, wspominając beztroskie strzelanie kapslami w niebo.
Chociaż wiem, że znowu będzie fajnie. I znowu będziemy wiecznie młodzi... Wspomnienie tego, jak lekko można się czuć, będąc razem, bez obowiązków, a po prostu ciesząc się sobą jest jednym moich ładniejszych skarbów. 
Przecież nie tak długo, a znów będziemy razem. Jeszcze szczęśliwiej, niż przed wyjazdem do Poznania. Chciałabym powiedzieć nad ranem wchodząc na pola nieopodal Kostrzyna, że nareszcie w domu. Chciałabym czuć ten cud życia na pięciogwiazdkowej prywatnej plaży. Chciałabym, żebyśmy znowu leżeli razem patrząc w gwiazdy. 
Bardzo tęsknię. 



Dziś był płacz. Ale jednak wciąż istniejemy. Nie wyrzekłam się przyjaciół wchodząc w poważny związek. 
Dobrze, gdy ktoś zadzwoni o 3 w nocy, bo coś może być nie tak. Dobrze, bo zapomniana więź wraca. 
Share:

środa, 27 stycznia 2016

12. Czym jest fantastyka?

Tak zupełnie inaczej, niż w poprzednich wpisach- bo będzie luźno. Fantastycznie.

O arkadiach pisałam rozprawkę w liceum. Ostatnio czytałam o tych z kart powieści fantasy.
A dziś kulminacyjny punkt miały moje myśli o bohaterach, których pokochałam do tego stopnia, że są mi bliżsi od wielu ludzi przewijających się na tablicy mojego fb.

Zaczynając od Syriusza, Pana Thumnusa i Aragorna, których darzę wciąż dziewczęcym i niewinnym uczuciem, a na Kruszynie lub Drakkainerze, z którymi chętnie wypiłabym, czy odjechała na Skrót (o ile Krasnolud nie byłby zazdrosny, a byłby więc to tylko sfera marzeń) kończąc.

A będąc już przy mężczyznach, bliższy mi zawsze będzie oschły, a jednak w pełni oddany swej czarodziejce, Geralt, niż chłopak, którego imienia długo nie moglam sobie przypomnieć, a to on skradł mi pierwszy "pocałunek".
Pewnie jestem dziwna.

Generalnie bardzo ważne jest też to, iż uwielbiałam fantastykę od dzieciaka.
Zaczęło się nawet przed Potterem, bo od Ullyssesa Moore'a, wciąż mam ogromną ochotę wrócić do tej książki. Była fascynacja kapitanem Wampiratów... a potem skok do wiedźmina i mniej brutalnego Tolkiena.
I godziny spędzone przed półką "fantastyki" w empiku.
W okresie HP pisałam wiele fanfiction, dostałam zaproszenia na różne pbf'y, a tam dowiedziałam się o larpach i sesjach RPG. Jak na sesje miałam trochę wyjechane, tak larp... larp był jedną z tych rzeczy do zrobienia w życiu - znaczy, do uczestniczenia.
A tu mnie sprowadzano boleśnie na ziemię.
Bo to udawanie, bo zatracanie się w czymś nie realnym, bo się nie nadaję, bo brak kontaktów z odpowiednimi osobami...
A za tym szłoodejście od fantastyki jako takiej. A folk metal też był nienamiejscu, generalnie, nacisk na życie rodem ze scenariusza Skins.

I tak, byłam głupia. Uległam towarzystwu ze strachu przed samotnością i odrzuceniem.
Były piękne momenty w kinie przy Misty Mountains Cold, było zafascynowanie Thorinem Dębową Tarczą. Ale wtedy to było"na topie", więc mogłam.

Ale nastąpił powrót, zerwanie z toksynami. Nowe przyjaźnie - i tym razem prawdziwe, takie o jakich czytałam.
Wymieniamy się książkami. Mistycznym momentem jest, gdy w grupie najbliższych śpiewamy wraz z Thorinem  (nie raz zaczynając od "paaaróóówyyyy").
Krasnoluda poznałam jako krasnoludzkiego mędrca Hofura,który jednak stwierdził, że pierdoli i elfy pedały, sama będąc narwaną młodszą kapłanką Melitele, Nilianną na wiedźmińskim larpie.
Teraz są próby łączenia pasji do fantastyki i sztuki.
Są plany, aby działać w tym kierunku.

I jest cudownie.
Przykro mi, bo osoby, które hejtowały i wyśmiewały pewnie tego nie przeczytają, ale - dziękuję im.
Bo dotarłam do tego, co kocham, tracąc to na pewien czas. Ze swojej, ale nie tylko, winy.

Fantastyka dała mi chyba znaczna część mojej osoby. Albo to ja się w nią wpasowałam. Światopogląd i te inne...
Inne światy stanowią część mnie.
I to jest cudowne.
Share:

środa, 20 stycznia 2016

11. Może szmata.



Jest 3:03 w nocy.
A we mnie gotuje się do tego stopnia, że próbuję pisać tutaj z telefonu.
Miałam milion pomysłów na kolejny wpis, refleksje po Lemmym, rozpływanie się nad moimi bliskimi... ale to jest silne. Mocno silne. I mam ochotę krzyczeć.

Na Wikipedii czytamy, że w Polsce nawet 90% dokonywanych gwałtów jest niezgłaszanych. Internetowa encyklopedia mówi, że częstym powodem tego jest zrzucanie winy na OFIARĘ przez policję, służbę zdrowia, sądy, etc.

Jestem w 10%. Zgłosiłam. Dwa razy. Ani razu na własne życzenie.
Za pierwszym, gdy miałam 17 lat lekarz stwierdził, że to dekolt i sama jestem sobie winna. Za drugim, policja wiedząc, iż jestem schizofreniczją uznała konfabulację. Jak jeszcze pierwszy przypadek mnie nie boli di tego stopnia, tak drugi...
Drugi wywołuje u mnie kurwicę.

Byłam wtedy w luźnym związku z byłym. Czytaj: ok, nie jesteśmy razem, ale wciąż się lubimy i seks też jest ok. Była niedziela, gdy napisał, że wpadnie do mojego miasta - miał nowy samochód, chciał się pochwalić.
Generalnie jestem osobą lubiącą seks i nie mam z tego powodu zamiaru wstydzić się. Jestem kobietą, lubię przyjemności cielesne. Normalna rzecz. Generalnie, lubię także specyficzny rodzaj przyjemności określany jako bdsm, dość wypaczony przez pornografię i czytadła dla kur domowych.
Wracając: zima, godzina koło 20 bodajże. Musiałam wychodzić. spotkanie przy akademikach nieopodal mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. Jednak, jak to przy zakończonych związkach, na miejscu awantura nie z tego świata. Krótkie "wypierdalaj" i powrót do domu. Za plecami odjeżdżający samochód. Przede mną ciemna droga.
Kolejny samochód, z którego ktoś proponuje mi podwózkę - "spierdalaj". Natarczywe prośby, abym jednak wsiadła. W końcu wepchnięcie mnie do samochodu.
A tam wszędzie były kamery.

Ale, hola, mam stwierdzoną schizofrenię  (przez policjanta wtmawiana z "m"). W dodatku te moje rozmowy i podejrzany wzywający strój!
Jebać dna, które było do zdobycia; jebać nagrania; jebać, że mój były mógł wtedy zeznawać!
Jebać!
Schizofrenia + kobieta nie wstydząca się seksualności + wzywając strój


A ja wciąż lubię seks.
Lubię krótkie spódniczki i dekolty. Lubię.
I gdy jestem pijana, a mówię nie, znaczy, że NIE.
I gdy mam dekolt, w którym prawie sutki mi widać, a spódniczka nie zasłania zbytnio pupy, a mówię nie, znaczy, że NIE.
I gdy pozwalam mojemu facetowi na dominację i nie wstydzę się tego, a mówię nie, znaczy, że NIE.

"Nie" znaczy "nie" - tego uczy się ledwo ogarniające świat dziecko. I to łatwa do zapamiętania rzecz, której używamy na codzień.



Czasem budzę się lub nie mogę spać. Czasem czuje dotyk, którego nie chcę czuć. Czasem kolor lub krój bluzki doprowadza mnie do histerii. Czasem po prostu jest mi źle, bo... bo to moja wina.
Chociaż tak nie jest.
Są zdarzenia, które zawsze będą gdzieś wewnątrz. Taki ból, który nigdy boleć nie przestanie.
W tym momencie jest 3;34, a ja na przemian płacze i mam ochotę rozwalić świat. Usunąć wszystko, co tu napisałam lub wrzucić to na swoją tablicę.
Bo chyba jedna osoba poznała powyższą historię od "a" do "z".

Jestem Mart. Jestem ofiarą przemocy seksualnej.
Jestem Mart. Jestem mimo wszystko.
Share:

piątek, 27 listopada 2015

9. Syfy i brudy.



Kiedy zapomina się o syfie, ten syf często lubi wrócić.
Wpis nie dotyczy schiz, czy czegoś.

Dawno, dawno temu, jeszcze przed osiągnięciem magicznego progu pełnoletności, byłam z chłopakiem. Znaliśmy się długo, od samej podstawówki. Na jego imprezie osiemnastkowej wyszło, że jest jakaś chemia, zafascynowanie między nami.
Pierwsze miłostki, bywa.
Związek jakże długi, bo trwał koło pięciu miesięcy.
A skończył się także przez imprezę.
Alkohol, bla-bla-bla. Jednak, nie tylko z mojej pamięci, ale także z relacji znajomych wiem, że to była bzdura. Kompletna bzdura. Poza tym, że był urodzinowy buziak w policzki i przytulanie – chociaż zawsze się tulę. Ostatnio zaistniało słowo „ziemniak”, które znaczy, że za długo. Takie hasło bezpieczeństwa rodem z „50 Twarzy Greya”.
Otóż zaistniała plotka, iż W CIĄGU PÓŁ GODZINY ZDRADZIŁAM GO Z SZEŚCIOMA INNYMI. Fajny mam obieg.
Ale ten chłopak był dość lubiany, taki miejski fejm w mini-społeczności. I jakoś nikogo nie obchodziły relacje innych ludzi, a nawet zdjęcia, na których się pojawiam. Nieważne.
Ważne, że ON twierdził, że to prawda.

Więc zostałam dziwką dla większości młodej, metalowo-rockowej Bydgoszczy. No hej, to ja.

Takie coś boli. Różnie odpowiadałam, ale tak czy siak, boli. Zwłaszcza, że osoba, która to rozpuściła, miała być bliska. I twierdziła, że mnie kocha.
Może to był sposób zacieśniania związku?

Ale to było dawno,bardzo dawno, trzy lata temu. Początkowo były śmieszne akcje, gdy na przykład ktoś mnie podrywał, a gdy dowiadywał się, że ja to ta od J., to padały słowa, że „nie umawia się z kurwami”.
Ale minęły trzy lata. I myślałam, że jest spokojniej.
Nie jest.
Dziś przyszła wiadomość od gościa, którego widuję tylko na koncertach i wymieniam siemki. Nigdy nie piliśmy nawet razem piwa, nie siedzieliśmy przy jednym stoliczku.

x: cześć
M: no hej.
x: chcesz gb?
M: ?
x gangbang

Generalnie dość płaczę. Bo to. Wciąż może się ciągnąć? Taka piękna opinia?
I tu już wchodzi na temat seksu, brudnych, brzydkich rzeczy. Bo mimo że to były plotki i ja o tym wiem, moi najbliżsi wiedzą, to jakieś randomy nie. I. I ja wiem o gadaniu, że „chrzanić, co inni o mnie myślą”, a mimo wszystko to boli.
Tak samo, jak to, że dowiaduję się, iż ów były uprawiając seks ze mną czuł, jakby „rzucał hot-dogiem przez korytarz”, a ginekolog kilka dni temu spytała mnie, czy w ogóle uprawiam seks.

Ja o tym wiem. Moi bliscy wiedzą. Ale to te randomy sprawiają cholerną przykrość.

Tak bardzo. 

Żeby było śmieszniej, dziś wpadłam na weekend do rodzinngo miasta. <3 
Share:

wtorek, 17 listopada 2015

7. Living life in peace

Imagine there's no countries
It isn't hard to do
Nothing to kill or die for
And no religion too
Imagine all the people
Living life in peace

Długo zwlekałam z tym wpisem. Ale mimo że piszę bloga, który ma traktować o mojej chorobie, to nie mogę przejść obojętnie obok tego, co ostatnio dzieje się na świecie.
Na świecie. Nie tylko we Francji.
Bo zamach był także w rosyjskim samolocie. Wcześniej były zamachy w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, a dzień przed Paryżem był Bejrut.

Nie potrafię sobie wyobrazić ogromu tragedii, która miała miejsce w ostatni piątek. Nie potrafię, bo nie dotknęła mnie, ani moich bliskich. I, tak jak pisze Isabel, która przeżyła koncert EODM, nie wierzysz, że może to dotknąć ciebie. Nie potrafię sobie także wyobrazić, jak ciężko będzie żyć ludziom, którzy to przeżyli, bliskim tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Wszystkim, których to dotknęło bardziej, niż nas, oglądających zdjęcia w telewizji i internecie.
Nas, toczących boje o barwy profilówek na fb.
Tutaj jest pierwsza rzecz, która mnie przeraża do granic. Mamy ogromną tragedię, ale najważniejsze od jej ogromu jest, kto zmienił kolory swojego zdjęcia na portalu społecznościowym! Witamy w XXI wieku!
Dziękuję, wysiadam.
I tak, wiem, że to nie jest obraz całego społeczeństwa. Należę do wielu grup, a moi znajomi to najczęściej osoby w moim wieku. Młodsze lub starsze, ale niewiele. Przyszłość naszego kraju. Boje polityczne były na mojej tablicy od zawsze. Osobiście staram się szanować wszystkie poglądy, ale twardo zachowuję swój. Nie uważam kogoś za gorszego, bo jest przeciwny aborcji lub in vitro. Ani za lepszego, bo aprobuje małżeństwa homoseksualistów.
Moi najbliżsi przyjaciele to w większości osoby po prawej stronie. Ale potrafimy się dogadywać. Szanujemy siebie nawzajem. Tolerujemy. I to jest najważniejsze.
Eh, wyszła mi dygresja. W każdym razie, nigdy nie było tylu postów na jakikolwiek temat, jak teraz, kiedy podstawową rzeczą jest KOLOR PROFILÓWKI. Mam 658 znajomych i naprawdę, w jakikolwiek odmęt fejsbuka nie ucieknę, natknę się na gównoburzę na ten temat. Nawet nie o tym, czy przyjmować uchodźców, czy nie. Kolor.
To jest przerażające.

A w sprawie samego ataku w Paryżu... Z jednej strony, Francja jest sama sobie winna. Cała Europa jest sama sobie winna. Poprawność polityczna.
A z drugiej strony, prawdziwi muzułmanie odcinają się od tego. Na InterPalsie rozmawiałam z wieloma ostatnio, ale także przed tym piątkiem. Z tego, co się dowiedziałam, ich religia zakłada, że mają dążyć do tego, aby sami byli idealni. Dopiero wtedy zabierają się za nawracanie innych. A większość tych „zwykłych” muzułmanów wie, że nie osiągnie ideału za życia.
Ale nie mamy sposobu na odsiew tych „złych” i „dobrych”. Czy zatem nie ma wyboru i odpowiedzialność zbiorowa jest konieczna? Wysiedlić wszystkich Arabów?
A przecież na Islam przechodzą także Europejczycy. Polacy! Jakoś w wakacje była sprawa o Polaku, który przeszedł na Islam, a nawet dołączył do wojowników religijnych i chyba nawet się wysadził...
Tutaj nasuwa się kolejna rzecz. Czy religia jest powodem do walk? Jak świat światem, ktoś, kto wierzy inaczej musi zginąć. Inną religię trzeba tępić. Najpierw chrześcijanie giną na arenach, a kilkaset lat później sami wybijają rodzimowierców (brakuje mi określenia na ogół rodzimych religii etnicznych całego świata, a słowo „poganin” jakoś mi się nie podoba), aby przez kolejny tysiąc lat mówić o miłosierdziu swojego boga. Dobra, znowu dygresja, a w sumie może temat na inny wpis.
Jeżeli nie robisz mi krzywdy, a wyznajesz Latającego Potwora Spaghetti, to chyba nie muszę cię zabijać?

Po prostu jestem kolejną utopistką, która znowu zderza się z rzeczywistością. Doprawdy, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ludzie są tak okropni.


You may say I'm a dreamer
But I'm not the only one
I hope someday you'll join us
And the world will be as one
Share: