Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mart bywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mart bywa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 września 2016

33. Pilkon 2016



Bieda konwent.
Tak go sobie nazywaliśmy, kiedy postanowiliśmy jechać. I od razu zaznaczę, "bieda" nie miało na celu być obraźliwe, ale... jesteśmy w końcu lożą szyderców! Poza tym, niestety nasz plan wyjazdu na Copernicon legł w gruzach, a patrzmy realnie, gdzie porównywać Copernicon i Pilkon. Dwa światy.
Ale ofc, taki kameralny klimacik też bywa przyjemny.

O tym, że jedziemy na Pilkon postanowiliśmy chyba w nocy z 6-ego na 7-ego. Na trzy dni przed konwentem. Mądrala-Mart uznała, że... ZROBI KOSZPLEJ.
Nie zrobiła, mimo, że mogła.

Postanowiłam zrobić Shani, aby wejść na ścieżkę zrobienia wszystkich postaci kobiecych z "Wiedźmina" (oczywiście bez Triss, bo pogardzam rudą zołzą). Zdobyliśmy materiały, generalnie, ze spokojem. Marcin pięknie mi pomógł, gdy moje opuszki straciły czucie przy wszywaniu ręcznym bufek z rękawów i wszył je sam. Lepszego Krasnoluda nigdzie nie znajdziecie!
Pierwszy zgrzyt pojawił się w czwartek. Peruka.
Mieliśmy kupić, jednak okazało się, że - większości pewnie znana - osóbka, prowadząca Wigu Wigu Wiguu wyjechała na urlop, cóż, każdemu się należy. Znaleźliśmy szybko na facebookowej grupie perukowej sprzedaży kilka wigów, które by pasowały. Dogadaliśmy się z jedną laską. Znaleźliśmy kuriera, który przewiózłby nam z Wrocławia do Poznania perukę w mniej niż 24 godziny (za 29 złotych!). Jednak tutaj kolejny zgrzyt: dziewczyna była spod Wrocławia, nie mogła tego dnia podskoczyć ze swojej miejscowości.
Co robić?
Ostatecznie uznaliśmy, że można jedną z moich starych peruk, której i tak nie noszę, podciąć - dość mocno! - i pofarbować. Z tym walczyliśmy prawie cały dzień. Najpierw kupiliśmy spreje do koloryzacji, spisałyby się najlepiej, gdyby nie to, że dwie puszki kosztowały 9,99, a starczyły na połowę czubka głowy... I były zbyt czerwone, a za mało rude.
Potem uznaliśmy, że zrobimy "na szybko" farbowanie akrylem, jednak "na szybko" sprawiło, że cały kolor zszedł, a peruka wróciła do wyjściowego koloru niebieskiego. Ostatecznie wieczorem farbowałam perukę henną, przekonana, że nic z tego nie będzie.
Ale udało się!
Wyszedł ciemny brąz, jednak ten brąz jest i tak dużo bardziej zbliżony do rudego, niż niebieski, zatem praca trwała.
Następnego dnia została do zrobienia jedynie spódniczka. Łatwizna. Bułka z masłem.
Bieda, nasze kilkumiesięczne kocie, rozchorowało się. Zatem opiekowałam się cierpiącym kociaczkiem prawie cały dzień.Wieczorem mogłabym jeszcze skończyć.
I próbowałam.

Ale błogosławię chwilę, w której uznałam, że szkoda mi zmarnować dobry materiał. Zrezygnowałam, wybrałam jakieś stare szmaty, które przeszywałam już tyle razy, że chyba nigdy więcej nosić ich nie będę, bo są mocno zmęczone ciągłym molestowaniem maszyną i ingerencjami w ich stan.
Wzięłam ze sobą także Dorcas.
Przez przypadek wyszedł mi cosplay.
Rozen Maiden, które nie doczekało się jednak planowanej kontynuacji, czy może była ona jedynie mangą fanfiction (ej no nie znam się), streszczając szybko: miały pojawić się lalki od innego lalkarza, z innym człowiekiem, niż ten normix od Shinku. Jego lalki i lalki drugiego człowieka - flegmatycznej arystokratki Angielki - miały ze sobą walczyć. Nowe postacie nigdy nie zostały pokolorowane, więc miałam kompletną dowolność w tej kwestii. A MIAŁAM LALKĘ!
Marcin standardowo udał się w swojej wyjściowej szacie czarnego maga (powoli zaczynam doceniać fakt, że nie chodzi w niej do pracy, bo teraz, kiedy biedoczek mi choruje, używa jej jako płaszcza, gdy idziemy na papierosa lub jako szlafroka...)
Jeden znajomy także biegał w stroju nekrofila nekromanty, a drugi niestety nie dał się przekonać na strój Rycerza Jedi.

Gotowi do odjazdu, tuptaliśmy wraz ze znajomym na dworzec główny. Głodni i zaspani. A jednocześnie uśmiechnięci, co rzadko się zdarza, zwłaszcza u dwóch marud, które nam towarzyszyły <3




W Pile przywitała nas przyjemna, chłodna pogoda. Niestety, uległa zmianie w trakcie dnia, a wraz z Marcinem gotowaliśmy się w dość grubych strojach. Gorset grzeje jak sam szatan, to wiadomo, a spódnica z pięcioma warstwami tiulu i jedną podszewką także to potrafi, zwłaszcza, gdy jest na stelażu (btw. niech nigdy nikomu nie przyjdzie do głowy jechać PKP w takiej spódnicy. Pociągi są do tego nieprzystosowane...). Obawiam się, że mój piękny makijaż nie przetrwał ani minuty na terenie konwentu, dlatego non stop chodziłam rozmazana. Ale i tak było fajnie.

Od razu po wejściu na teren konwentu spaliliśmy kilka papierosów, obserwując podbijanie gyma. Przeszliśmy kilka razy po terenie, obejrzeliśmy figurki - były świetne! Obejrzeliśmy różne rysunki i grafiki Karoliny Kwaśniak, która na FB figuruje jako Karoinna. Tutaj odpalił mi się bóldupizm, potem podłapali go wszyscy. Osoby, które wybierały prace na wystawę boleśnie poszły na "ilość", a nie "jakość". Chociaż o jakości też ciężko mówić, aby nie sprawić przykrości autorce (która pewnie i tak nigdy nie dotrze na tego bloga, więc w sumie mogłabym, ale nie chcę być niemiła!). Poza pracami, które przypominały mi czasy gimnazjum i rozwieszania twórczości uczniów po całej szkole, były prace, które wyglądały, jakby stworzyło je dziecię ze szkoły podstawowej. Dodatkowo, do wystawy Karoliny dołączono zdjęcia jej cosplayów. Tutaj mogę pogratulować postępu, jaki uczyniła, chociaż prace graficzne i rysunki nadal mnie bolą. Taką wystawą mogłaby szczycić się świeżo upieczona uczennica gimnazjum, nie kobieta, która ponoć studiuje...
Ale to pewnie moje zboczenie zawodowe...
Poza wystawą Karoliny, mieliśmy przyjemność obejrzeć także obrazy Dawida Czerwińskiego. I tutaj było ładnie. Dwie prace zachwyciły mnie do tego stopnia, że miałam ochotę zrobić im zdjęcie (ale było mi głupio).

Na Pilkon przyjechaliśmy, aby się rozerwać, zatem od razu (no, po kilku papierosach) udaliśmy się do gier.
Od razu wybraliśmy coś, co zajęło nam znaczną część dnia. "Loża Szyderców". Osobiście, chętnie zagrałabym także w "Tak, Mroczny Władco", chociaż tę gierkę akurat mamy w mieszkaniu (ALE JEST BEZBŁĘDNA!). Graliśmy dużo i umieraliśmy ze śmiechu. Odkryliśmy w sobie zwyrodnialców.

Na koniec, pokaz cosplay i sami cosplayerzy. Tutaj była ogromna skucha, bo jak do konkursu cosplay mogą zgłosić się osoby, które mają cosplay kupny?! To się mija z celem... No ale kto jak lubi.

Przyznam, że Drow Rangera Karoliny Kwaśniak, nie poznał nikt z nas, jeden znajomy rzucił, że to jakaś śmieszna Ashe. Dla niepoznaki, powiedzieliśmy, Karolinie, że Daenerys wyszła jej cudownie.
Co do cosplayu - także wyżej wspomnianego - Dawida Czerwińskiego, byliśmy zachwyceni i do czasu pojawienia się trzech innych osób,  wielbiliśmy go, niczym boga. Zwłaszcza, gdy spytałam, co robił sam, a co kupił gotowe. Dawid był tym fajnym, starym Jokerem Jonem Snowem.
Dzieciofile. Pani Dzieciofil i Pan Dzieciofil. Niekwestionowani mistrzowie w rękodziele ze starych lalek. Kocham ich oboje i jeszcze bardziej przekonali mnie, że "tak, chcę w końcu na OldTown!". Chyba jedyni, którzy byli stosunkowo otwarci na rozmowę... Chociaż Enchantress Grzybek z Mario także była milutka i otwarta na śmieszki. Jej Mario i Luigi trochę mniej, ale dowiedzieliśmy się, że Sujsajd Skłat to nie jest niemieckie porno w lochach.
Jednak, ostatecznym wygrywem, w moim mniemaniu, był rycerz z Gondoru Gimli. Albo Pani Sławek.

Ostatecznie, po zobaczeniu pokazu cosplay, stwierdziliśmy, że czas do domu. Poza tym, że w pociągu śmierdziało rybą, to całkiem znośna podróż, mimo że jechałam w kamizelce od szaty maga (która jest luźna dla Marcina, co dopiero dla mnie!) zarzuconej na spódnicę. Nie wytrzymałam temperatury i na dworcu pozbyłam się peruki, koszuli i gorsetu. Całą podróż graliśmy w "Karty Dżentelmenów" powodując mieszane uczucia u współpodróżnych. :-)


W ogólnym rozrachunku... Może być. Przygotowanie takiego konwentu na pewno nie jest łatwe. Jednak trochę żałuję, że pojechaliśmy, bo ubodło to nasz budżet, a nie było aż tak warto. Wydaliśmy prawie stówę na bilety, a hamburgery w Pile są drogie, jak Volksy (heee, nikt nie rozumie porównania!). No i cały smak konwentu popsuł ten nieszczęsny cosplay. Gdyby jeszcze za kupnymi strojami, przemawiały fajne występy postaci, to byłoby zacnie, ale niestety tylko jedna dziewczyna zrobiła coś więcej, niż martwe stanięcie na scenie (Lucy Nebraska była cudna, ale uniwersum Gwiezdnych Wojen raczej nie jest mi znane, a ponoć jej postać była jakaś niszowa, czy coś). Sama też drżę na myśl, że gdzieś musiałabym wymyślić choreografię, czy coś do pokazu cosplay, ale... ale ja przynajmniej kupuję tylko materiały, nie gotowce...
I przyznam całkiem szczerze... trochę się nudziłam. Oczywiście, mogliśmy iść na jakieś prelki, ale z rozpiski - nic nie wywołało naszego zainteresowania.

Jeżeli za rok Pilkon znowu się odbędzie, wpadnę ponownie, chociażby, aby zobaczyć, co zostało poprawione i ile dobra można wymyślić przez tyle dni. A jestem pewna, że można.
Shani natomiast ma być gotowa na PGA. Zobaczymy, bo ostatnio jestem utopiona w obowiązkach (dlatego też ten post pojawia się tak późno).



A z innych kwestii: zniknęła podstrona z craftem, a podstrona z lalkami będzie martwa. Craft usunęłam, ponieważ do tego buduje się kolejna podstrona. Tak! Ta, gdzie po najechaniu kursorem, rozwija się lista kolejnych trzech podstron, będzie przeznaczona na craft. Prawdopodobnie będą trzy kategorie: rysunek i malarstwo, cosplay/stroje, i różności z Martodzieła. Lalki natomiast... uh, Dorcas starzeje się. Jest już liźnięta czasem, słyszałam, że czteroletnia żywiczka ma prawo, a nawet obowiązek delikatnie pożółknąć, ale... to tak, jakbym zobaczyła pierwszą zmarszczkę na swojej twarzy. Poza tym, kiedy A.Z.S.K. zrobiła jej krzywdę "makijażem", wciąż walczę, aby coś z tą piękną buźką zrobić. Niestety, cierpi na tym także Ismael...



A to zdjęcie generalnie wielbię: znajdź na nim Mart!

Z Jonem Snowem :')

Zrobiłam Pani Dzieciofil hover handa <3 

Kocham swoją buzię na tym zdjęciu =^.^=

no czego chcieć więcej, niż podpisu nad głowami? 

no, a tutaj dodaję zdjęcie z góry, ale tym razem nie wycinając nekrofila ;-)

Z powyższych zdjęć, tylko selfiak jest mój. Resztę znalazłam udostępnioną na wydarzeniu Pilkonu.
Share:

wtorek, 26 lipca 2016

27. Woodstock 2016

JEDZIEMY NA WOODSTOCK!

Kilka miesięcy temu pisałam, że wybraliśmy OldTown, a Woodstock został zepchnięty na dalszy plan. Jednak mamy w zwyczaju zmieniać plany tak... kilka razy na miesiąc, jeżeli chodzi o wyprawy. I w ogóle wszystko.

Marcin na Woodstocku był pierwszy raz.
Mogłabym podsumować ten festiwal jego słowami, w których podziękował, że go zabrałam w to miejsce. Że tak może spędzać każdy urlop. Że to jest to dobre miejsce na Ziemi. Że po prostu jest dobrze.

Ale nie ograniczę się do kilku zdań, bo tworząc słowa z literek dobrze się bawię. I chcę tę umiejętność szlifować.


Pojechaliśmy we wtorek, 12 lipca. Nasz pociąg był szalenie pusty, zupełnie inny, niż to, co pamiętałam. Jeszcze na peronie nawiązaliśmy znajomość z bardzo pozytywnym człowiekiem, którego imienia nie pamiętam. W naszym wagonie podróżowało bodajże osiem osób. A nasz nowy znajomy grając na djembe (?) opowiedział nam piękne historie głuchymi dźwiękami.
Ten Woodstock był bardzo ciekawą przygodą właśnie przez liczne doświadczenia... hm... na granicy jawy i fantazji.

Na miejscu mieliśmy problem, aby znaleźć odpowiednio dużo miejsca, ostatecznie udało się znaleźć placyk na pięć namiotów, a miało być ich bodajże 14. W dodatku jedno miejsce i tak nam skradziono, mimo ogrodzenia terenu. Najwyraźniej zbyt późno pojechaliśmy. Chociaż nie pamiętałam, aby wcześniej w lesie koło pasażu i wioski Kryszny było aż tak dużo ścieżek między obozami.

Nie wiem, czy jestem w stanie opisać dzień po dniu i czy w ogóle jest sens, aby to robić. Mam wspomnienia, a wolę opisać emocje, które towarzyszyły mi przez te sześć dni. Chociaż to też będzie trudne, ponieważ na Woodstocku towarzyszą nam czyste emocje, które nazwać to trochę głupota. Zawsze uważałam, że te najczystsze uczucia, poprzez opisanie ich słowami używanymi na co dzień, tracą swoją moc.

Bo emocje na Woodstocku są niepowtarzalne. Nie ciągnie mnie na koncerty, od kiedy mam problemy z nogą. Na górkę ASP nawet nie próbuję wejść, ponieważ wiem, że nigdy tam nie dotrę. :-) Poza tym, myślę, że moją największą pasją są właśnie ludzie.
Dlatego chodzę i obserwuję.
Uśmiechniętych ludzi z każdej subkultury i chyba każdego wyznania. Zarówno zatwardziałych korwinistów, jak i - tym razem - niezmasakrowanych lewaków. Dzieciaki, które pewnie nagadały rodzicom, że jadą do koleżanki/kolegi na noc, aby chociaż na jeden dzień wyrwać się do Kostrzyna nad Odrą. Ludzi starszych od moich rodziców. Typowych "Sebixów" i type "kuce". Po prostu Woodstockowiczów.
Patrzę na nich, rozmawiam z nimi i piję, rozdaję i proszę o papierosy. Przytulam. Dorzucam się do "powrotu do domu" ostatniego dnia.

I na te kilka dni festiwalu, czuję, że kocham wszystkich, a wszyscy kochają mnie. Właśnie w tym miejscu mogę zdobyć energię, którą muszę dawkować sobie przez cały rok. Energię, która pozwala mi być coraz lepszym człowiekiem.

Przy okazji Pyrkonu pisałam, że ciężki chlanie jest dla mnie już... zbyt ciężkie. Ale kto powiedział, że muszę tyle pić? Faktycznie chodziłam z kubeczkiem, ale nie prosiłam za dużo o dolewki. Najczęściej i tak wylewałam te miksy różnych piw, win domowej roboty, czy drinków.

Bo Woodstock, Brudstockiem zwany, nie jest wylęgarnią narkomaństwa, seksu i innych przestępstw. Woodstock to miejsce, które łącz tych, którzy chcą po prostu dobrze się bawić. To, że zdarzają się przestępstwa...
To tak samo jak z Pokemon GO. Jeżeli ktoś jest idiotą, wejdzie pod samochód, niezależnie, czy próbuje złapać Pidgeya, czy sprawdza SMSy.
Gwałty, kradzieże, narkotyki, mają miejsce zarówno w Kostrzynie nad Odrą jak i w Warszawie lub Kotomierzu. I to przez cały rok. Nie tylko podczas kilku dni najpiękniejszego festiwalu na świecie.


A ten Woodstock był moim najlepszym. Odliczam dni do kolejnego, bo Woodstocku nikt nie może nam odebrać. :-)
No i dzięki możliwości porównania 21. Przystanku z tegorocznym, 22. mogę dostrzec to, ile zmian we mnie zaszło. Z zakompleksionej, samotnej i smutnej osoby zmieniłam się w druidkę na 22 poziomie. Nie miałam problemu, aby chodzić w szortach i staniku, bo kocham moje ciało. Pewność siebie to najpiękniejsza ozdoba człowieka. I działa.

Poznałam wielu cudownych ludzi, spędziłam czas z Marzycielami, odświeżyłam stare znajomości i mam więcej wspomnień z nowymi znajomymi. Żyć nie umierać.
Dziękuję wszystkim, którzy stworzyli mój 22. Przystanek Woodstock.
Krasnoludowi, Ani, Romanowi, Rogerowi, Cezaremu, części Mantykory, Kasi i Robertowi/Grellowi i Sebie, Marzycielom. I wszystkim, których nie sposób wymienić z imienia lub ksywki, bo ich nie znam.
Czarodziejowi z lupą; Róży; koledze, który stracił głos, abym ja swój odzyskała (czary!); wszystkim punkom, którzy chcieli zabrać mnie do namiotu; punkowi ze Szczurkiem; małym dziewczynkom; koledze, który poczęstował mnie kawą i troskliwie pytał, jak się bawimy; ziomeczkowi z kwiatami we włosach, z którym rozmawialiśmy o drzewach i ich mocy; wszystkim, którzy robili nam zdjęcia (chciałabym jakieś dostać...) i... wszystkim, których trąciłam, lub którzy trącili mnie, wszystkim-wszystkim-wszystkim.
Było najlepiej.
Jak co roku. :-) za to powrót, także jak co roku, był okropny :-) 


Zaraz będzie ciemno... 


No i zapraszam na relację Człowieka Wargi, na koniec pojawiają się nasze mordki. Poza tym, to przecudny film. Ryczałam jak jebany bóbr! 

Share:

piątek, 15 kwietnia 2016

20. Pyrkon 2016.





Prawie rok temu wróciłam z pewnego wielkiego festiwalu. Byłam pewna, że impreza lepsza niż Przystanek Woodstock nie istnieje.

A okazuje się, że istnieje. Odbywa się w Poznaniu, od kilku lat na Targach. Pyrkon.
No i od razu uzasadnię swoje zdanie. Pyrkon oferuje nie tylko cudne imprezy, jaka to miała miejsce w nocy z piątku na sobotę, oferuje także ciekawych ludzi. Oczywiście, na Woodzie jest ich równie dużo. W sumie nie ma co porównywać konwentu fantasy z festiwalem muzycznym. Jednak pyrkonowa atmosfera zdecydowanie bardziej do mnie przemawia. Poza tym, cosplaye! <3

Ale chciałabym o samym Pyrkonie się wypowiedzieć.
Każda impreza tworzy, a przynajmniej powinna, swego rodzaju klimat, sos własny. W poprzedni weekend sos był taki, jakiego szukałam całe życie (hoho). Były spotkania ze starymi znajomymi oraz pierwsze spotkania z tymi, których od lat znałam "z internetu", były nowe znajomości, były piękne stroje dookoła, była możliwość założenia peruk (!!!) oraz ulubionych wdzianek, w które znowu się mieszczę. :3 Były cudeńka do nabycia, rozmowy z osobami, które chętnie przekazały trochę wiedzy z dziedziny tworzenia strojów, było dobre piwo! Była fajna impreza, bliższe poznawanie wielu ludzi. Były żarty, śmieszki i inne.
I generalnie było cudnie.

Nie jestem w stanie opisać całości, ponieważ chciałabym powiedzieć o wszystkim, bo praktycznie nie było chwili, gdy nie byłam czymś zaabsorbowana.
A nawet, gdy nie mieliśmy nic do roboty i w okolicy pałętała się nuda, pomocnie przybywał Muzyczny Kostur Tolerancji Lego, z którego non stop leciał jeden kawałek - jeszcze we wtorek siedział mi w głowie.
Nawet, gdy bez celu chodziliśmy po wystawcach lub w okolicach ogródka piwnego, co krok pojawiał się ktoś, kto bił pokłony Wielkiemu Przedwiecznemu, który prywatnie jest moim Krasnoludem.
Zwykła wyprawa po japońskie słodycze (nadal utrzymuję moją niechęć do M&A, ale słodycze japońskie są cudne) kończyła się spotkaniem najbardziej uroczego cosplayera świata, ledwo chodzącego Lorda Vadera.
Kilka sekund dla siebie z Krasnoludem-Przedwiecznym umilało świeżutkie dango, które zasmakowało mojemu wybrednemu wybrankowi. Czyli mam motywację, albo pretekst, aby je robić, a także zjadać całość! :3 A wspominam o tym, ponieważ mam wyjątkowo mało okazji, aby kosztować to cudo, a jest moją ambrozją. Obok większości japońskich specjałów.
Wieczorami były vixy: była vixa na wiosce postapo, była wędrująca impreza po całym terenie Targów dzięki wcześniej wspomnianemu Kosturowi. Były tańce, a Marcin grał w juggera (i rozwalił sobie palec u stopy i teraz biedak łyka tabletki). Był uprzejmy Wiedźmin i hover hand na moim ramieniu. I poznaliśmy gwiazdy telewizji TVN.

Wyrzucam z siebie pojedyncze wspomnienia i nie jestem w stanie skomponować tu sensownego tekstu, bo było po prostu dobrze.
A narzekania, że kolejki, że kości są brzydkie. że pre-order nie opłacał się...

Ludzie zawsze na coś marudzą. Kolejki na prelekcje zapobiegły tabunowi ludzi, którzy zachowywaliby się jak w godzinach szczytu na dworcu przy pociągach jeżdżących do okolicznych miasteczek. Kości są kolorowe, mi trafiła błękitna i jest fajna, chociaż wolę leśną k20. A dzięki pre-orderowi należę do Lisiej Straży. :3



I tu zaczyna się temat fantów. Pierwszym zakupem były cztery tomu Pana Lodowego Ogrodu, których zdobyć nigdzie nie mogliśmy. Równie cudne, a dla Marcina zapewne cudniejsze, jest zdobycie Zgrozy w Dunwich i innych przerażających opowieści, równie ciężkiej w znalezieniu. Do kompletu fana Lovecrafta doszedł worek na kości (bo stary się rozwalił) oraz czapka z mackami, która gwarantowała Callthulu uwielbienie sporej częście konwentu, a także profesjonalną sesję na "mrocznym tle". :-) Jako fani Lisich Spraw cieszymy się z małych przypinek (PoLISia oraz ojojane miejsca). Ja, jako miłośniczka kiczowatego "kawaii" oraz sukkubów, mam różki... z różami! :3 Ponadto kupiliśmy przypinki z Pyrkonu dla przyjaciół - oraz dla siebie i... jedzenie. Spędzaliśmy na terenie Targów niemal całe dnie, zatem żywiliśmy się też tam. Przy pierwszym zakupie pocky sto lat temu zachowałam pudełko i stało się to moją tradycją, także od jagodowych mochi oraz pocky o smaku zielonej herbaty (zasmakowało Marcinowi!) także zatrzymałam. 














W tym roku staliśmy przed wyborem: OldTown czy Woodstock. Teraz nie żałuję podjętej decyzji o zepchnięciu Wooda na drugi plan. Oczywiście, jeżeli się uda, chętnie skoczymy, jednak urlop będzie istotniejszy na OldTown.
No i przynajmniej wiem, że duże ilości alkoholu mnie męczą. :-)



No i w przyszłym tygodniu pojawią się zdjęcia moich wszystkich kreacji Pyrkonowych przy okazji wpisu nawiązującego do fanpejdża, który powstał, abym mogła chwalić się (czy żalić?) moimi craftami oraz innymi duperelkami. Zapraszam na Martodzieło
Share:

poniedziałek, 21 marca 2016

18. Test larpa "Red Earth", autorstwa Eweliny Glapiak

Od kiedy pamiętam Tata mówił mi, abym "znalazła sobie komputerowca". Stało się tak, że mam larpowca, który daje mi (oczywiście poza miłością, spełnieniem, szczęściem, etc.) możliwości, abym... sama stała się komputerowcem.
W sumie, prawie komputerowcem. Stażystką w firmie programującej apki na telefony. Nauczyłam się robić kawę. :---) 

Zupełnie spontanicznie udaliśmy się z Krasnoludem na testy larpa, którego przygotowała stara znajoma, o której tutaj już wspominałam w... no nie ukrywajmy, dość nieprzyjemnej sytuacji, bo przy pewnym liście otwartym, też o larpie traktującym. 

Jak generalnie chamberlarpy wspominam jako nieudolne próby ludzi, których większość miała soczyście wyjebane, tak tutaj... byłam bardzo miło zaskoczona. Dodam, że nie było elfów do bicia, a nawet w ogóle nie było bicia! 

Za to było dwugodzinne zderzenie z... rzeczywistością, jednak dużo silniej. Mimo niedzieli zrobił się piątek, godzina 16, kiedy to okazało się, iż gracze, ekipa pracowników Native World, zostają w pracy dłużej, ponieważ projekt, który miał być na poniedziałek, musi być szybciej, najlepiej na wczoraj
I co może się dziać? 
Cóż, wiele rzeczy. 
Na potrzeby larpa powstała grupa, gdzie każdy z graczy miał się udzielać jako odgrywana postać (miały być konta na larpowe nazwiska, ale fejsbuk usunął, bo fejkowe). Bo przecież na FB łatwiej wygarnąć komuś, że jest idiotą, bo ma inne poglądy polityczne, prawda? Jednak, gdy oboje spotkacie się na palarni, jesteście dla siebie milutcy.  Natomiast osoba, która nie udziela się w internecie jest podejrzana i mroczna! 
W dodatku w firmie pracuje Arab. 


Mieszanka wybuchowa, przynajmniej nam na larpie taka wyszła, jednak pieczę nad tym sprawowała Ewelina. 
Nie chcę, jak i nie powinnam zbyt wiele zdradzać na temat fabuły, także... 

Mocne 9.5/10, bo brakowało mi jedynie profeszynalnych wizytówek każdego pracownika oraz chociażby jednego fajnie zrobionego graficznego logo, które wisiałoby w korytarzu (był napis markerem). Niestety bolał także krótki czas, ponieważ akcja rozwijała się trochę zbyt szybko, nie mieliśmy czasu na normalne hejtowanie się przez FB.  A poza tym, może to i dobrze, bo wyszło naturalnie i normalny dzień przerwała nam nagła, dramatyczna akcja. 
W ocenie brakuje tego 0.5, ponieważ oceniam to jako larpa-larpa, a nie testy larpa. Gdyby było coś między 9.5 oraz 10, dałabym to, jednak nie chcę rozdrabniać się aż tak.

Jednak, jeżeli oficjalna wersja tegoż larpa wyjdzie w podobny sposób, chociaż zależy, co autorka doda lub wyrzuci, myślę, że mogłaby walczyć o jakąś nagrodę na Złotych Maskach, czy czymś podobnym.
Jestem fanką fantastyki, a larpy są moim grailem czynności życiowych (wtf), bo mogę być magiem, kapłanką, alchemikiem, mogę nakurwiać smoki i bić elfy.
A tutaj miałam rzeczywistość.
Rzeczywistość, która, jak się okazuje, jest równie porywająca i... Ewelina opowiadała, że założeniem larpa będzie dostrzeżenie - bądź i nie - tego, co nas otacza. Tej rzeczywistości. Z naciskiem na to, w jakim świecie żyjemy, wirtualnym, czy fizycznym. Padło pytanie "który z nich jest prawdziwy i gdzie jest więcej prawdy".
Mam wrażenie, że więcej prawdy, w którą chcę wierzyć jest w legendach ze Śródziemia, nie w codziennym życiu i życiu na portalach społecznościowych.
I nie wiem, czy to dobrze świadczy o naszym społeczeństwie.


Jeżeli larp kiedyś się odbędzie, zostanie skończony, pokazany komuś więcej, niż znajomym - myślę, że nikt nie skończy gry niezadowolony. Fabuła, lub raczej jej zarys, daje dużo do myślenia. Ja sama od kiedy wyszłam z budynku firmy Native World, wciąż przeżywam i trawię to, co się tam wydarzyło.
Jedyne, co powinno być poprawione, to stres MG. Bo aż tak wielki, nie był potrzebny.  :---)

Jednocześnie, otworzyły mi się oczy na poza-fantastyczne zabawy. Jak może sesje RPG polegające na zadowoleniu poszczególnych partnerów seksualnych (kulnij na seksowność majtek!) nadal do mnie nie przemawiają, tak rzeczywistość... cóż, gdy nie ma elfów do bicia, można wyżyć się na kimś o innych poglądach, bez obaw, że będą jakieś konsekwencje - gra się skończy.







Share: