wtorek, 16 sierpnia 2016

30. I. McDonald „Luna: Nów”





Każdy z nas ma kilka, kilkanaście takich tematów, które łapią za serce. Są nam bliskie. Po prostu lubimy je bardziej, niż inne. Dla mnie, jednym z takich klimatów, jest mafia pierwszej połowy XX wieku. „Ojciec Chrzestny”, „Chłopcy z Ferajny”, „Dawno temu w Ameryce”… Ileż to razy zachwycałam się tymi klasykami. Jednocześnie starając się wychwycić te bardziej niszowe. Bo źli faceci, dla których podstawą jest rodzina, wcale nie są aż tak źli! Co z tego, że mają tak wiele na sumieniu..?

Noszą garnitury, kochają swoje kobiety (chociaż czasem je zmieniają…) i działają na dziewczęce wyobraźnie. Przynajmniej mi, okropną przyjemność sprawiało oglądanie eleganckich garniturów i kapeluszy. Oraz pistoletów rzuconych na kuchennym blacie.

Ma to sobie pewien… romantyzm?

Ale lata 20, czy 50 po jakimś czasie zaczynają się nudzić. I nawet Frank Sinatra lecący w tle, gdy prowadzisz samochód wcielając się w Vito Scalettę nie sprawia tak wielkiej przyjemności.



Czy klimat mafijny można uzyskać kolonizując księżyc?

Skolonizowany księżyc jest przedstawiony, jako miejsce brutalne. Miejsce, na którym niekiedy trzeba walczyć o tlen lub wodę. Jeżeli cię nie stać, oddychaj mniej. Albo kombinuj, negocjuj. Jednak za wszystko musisz kiedyś zapłacić. Jesteś na stale połączony do sieci, jednym z czterech księżycowych żywiołów. Ale jeżeli cię stać, możesz kupić ładną skórkę swojemu awatarowi!

Skolonizowany księżyc jest też miejscem egzotycznym, miejscem, gdzie wyobraźnia szaleje, jak kompas na biegunie. Wydrukowane motyle, które goni kilkuletnie dziecko. Szaleńczy bieg po powierzchni. Ale także egzotyka sprowadzona z Ziemi. Wszystko to łączy się w coś, czego nie uświadczyłam w żadnej innej książce.

Długo mogłabym zachwycać się nad klimatem, jakiemu nadaje powieści Iana McDonalda połączenie niezwykłych charakterów, poszczególnych kultur znanych nam z Ziemi.

Chciałabym jednak skupić się na zwięzłym wyciśnięciu najlepszych – moim zdaniem – smaczków z „Luny: Nów”. A jest ich wiele.


Przeniesienie klimatu rodziny Corleone na księżyc, jest trzonem cudnego smaku, tak specyficznego, że zapamiętam go na bardzo długo. Cierpię jednak, na pewien rodzaj snobizmu, i wszelka inność jest dla mnie bardzo ważna.

A książka Iana McDonalda jest zupełnie inna, niż science fiction, które poznałam. Wydawać by się mogło, że opisy ogromnych korporacji, molochów, którym brakuje człowieczeństwa, na stałe stworzyły pewien rodzaj science fiction. Co więcej, obecnie są wręcz oklepane, lub chociaż schematyczne.

Autor „Luny: Nów” nie odbiega zatem na pierwszy rzut oka od gatunkowego szablonu. Jednak stworzył z niego coś delikatnego, jak wydrukowane motyle (wpłynęły na moją wyobraźnię w wielkim stopniu), a równocześnie coś niezgrabnego jak skafander kosmonauty.

Kolejnym ciekawym, a może nawet najciekawszym, smaczkiem pierwszego tomu cyklu „Luna”, są bohaterowie, głównie członkowie rodziny Corta, których poznajemy najlepiej. Tak zróżnicowanych charakterów występujących obok siebie, można szukać bardzo długo. Mamy do czynienia z barwnymi jednostkami; nie jednym, głównym bohaterem; nie jego najbliższymi. Na księżycu Iana McDonalda większość postaci jest wyrazistsza, niż wielu moich znajomych. Adrianna Corta, która mogłaby być krzyżówką babci Mulan (gdyby ta była poważna) oraz Vita Corleone; kobieta śmiertelnie chora, której zależy na rozwijaniu się rodu. Jej następcą ma być Rafael, nazywany Rafą; facet zarówno pełen życia oraz energii, jak i zmęczony nieszczęściem w życiu prywatnym. Jest milczący i ponury Lucas Corta. Jedyna córka Adrianny, Ariel, bizneswoman, kobieta sukcesu, pewna siebie i ambitna. Wydziedziczony i trzymający się na uboczu, wilk księżycowy (już samo to określenie nadaje mu klimatu!), najmłodszy syn Adrianny, Wagner Corta. Syn Lucasa, młody lekkoduch i księżycowy playboy, można by rzec, bananowy dzieciak. I masa, masa innych, których warto poznać.

Idealnym dopełnieniem tej powieści są opisy. Opisy, które zachwycają. Wydawnictwo MAG niektóre swoje książki opatruje sloganem „Uczta Wyobraźni”. W tym przypadku jest to idealne podsumowanie tego, co gwarantuje narracja Iana. Historia brutalnej polityki i życia społecznego na księżycu, wydaje się subtelna, mimo swej brutalności.

Książka wywołała w mojej głowie wojnę między uczuciami. Tworzy emocjonalny i zmysłowy paradoks. Jest to ponoć charakterystyczne dla Iana McDonalda, o czym z chęcią się przekonam sięgając po kolejny tom „Luny” oraz resztę twórczości tegoż autora, ponieważ nie poznałam go wcześniej.

Oczywiście, nie jest bez wad. Nie jest to lekka pozycja. Śmiem stwierdzić, iż nawet trudna, głównie przez poplątane intrygi wymagające rozmyślań, kto jest kim. Niejednokrotnie musiałam odłożyć lekturę i pomyśleć, co łączy bohaterów, co między nimi było. A przede wszystkim, z której rodziny są. Jednak bez wątpienia, jest to pozycja, którą warto przeczytać, niezależnie od upodobań literackich.
Share:

czwartek, 11 sierpnia 2016

29. Jestem włóczęgą

Bycie włóczęgą jest trudne. Moja ukochana Nimue* jest włóczęgą, ale muszę ją dopracować. Moja druga ukochana, Mery Tramp* - jest włóczęgą (ale ma też romans z Rektorem!). Mery, nie dość, że jest włóczęgą, to jeszcze jest menelem. Od kiedy wplatała się w bluźniercze sprawy i straciła nieodwracalnie 5 Punktów Poczytalności niby ma własny kąt.
Ale jest włóczęgą.

To zabawne.
Włóczęgą w miejscu. Podróż, która nie ma celu. Ucieczka przed nieuleczalnym bólem istnienia. Ucieczka w kierunku ludzi. Poszukiwanie czegoś, czego nie mogę określić.
Ludzie na drodze nie mają nawet wskazówek. Zatem wciąż potrzebuję nowych ludzi, zabijając jednocześnie moją najukochańszą samotność. Ale ci kolejni i jeszcze następni ludzie, nadal nie mają tego, czego potrzebuję i muszę od nich odchodzić. Iść dalej. Do kolejnych. Którzy też tego nie mają.

Może to nie istnieje?
Chociaż ja czuję, że gdzieś jest...

Kiedyś myślałam, że miłość jest tym czymś. Ale nie, przecież mam miłości pod dostatkiem.
Po prostu muszę iść. Muszę być nomadem.

Nadzieja na znalezienie tego, jest tak wielka, że zgubiłam się między biegunem TO LUBIĘ, a TEGO NIE LUBIĘ.
I teraz różnymi drogami włóczę się między jednym, a drugim i nie wiem, który jest którym.

Włóczęgostwo.
Lubię go i nie lubię. Tak samo ludzie - ich kocham i nienawidzę. Jestem pogubiona jest mi źle. Jestem w wielkim lesie i nie na tu nikogo. Chcę do ludzi, ale też nie chcę ich w ogóle.
Pogubiłam siebie i czekam, aż wrócę na właściwe miejsce.

Dlatego muszę być włóczęgą dalej. I nadal siebie nierozumieć. I tak naprawdę,to nic nie rozumieć, ale udawać, że rozumiem wszystko.

Włóczędzy mają mądrość życiową. Ja też mam.
W końcu jestem włóczęgą.

_____________
* Nimue to moja postać z narracyjnego erpega oraz kilku larpów, a Mery Tramp to moja postać z "Zewu Cthulhu"

Share:

środa, 10 sierpnia 2016

28. Gorzka herbata z gniewu, obrzydzenia i kwiatów żalu

Zaczęłam pisać pod wpływem wielkich emocji. Teraz, to, co napisałam gnije w "brudnopisie".
Wpisy z kategorii "Mart czuje" często piszę pod wpływem czucia właśnie, jednak staram się chwilę poczekać, aby emocje, które nakłaniają mnie do pisania ukazały wszystkie swoje aromaty.
Jak idealnie zaparzona herbata.

Na początku, mniej więcej 24 godziny temu, był gniew. Jednak gniew został stłamszony. Wszyscy jesteśmy ludźmi, strach i zwątpienie są naturalne.
Później, chwilę po godzinie 21 była pogarda, jednak wyraźnie rysowało się także poczucie niesprawiedliwości.
Teraz, od godziny zero ono dominuje. Obok są także obrzydzenie, złość. Ale chyba najwyraźniej czuję smutek. Taki dziecinny, bo... bo nie ma sprawiedliwości.

I nigdy nie było.
I nie jest też tak, że na wszystko trzeba sobie zapracować. Na niektóre rzeczy nie można.
Nie możesz dostać wdzięczności od podłej żmii, nawet, gdy wdzięczność jest oczywistą walutą zapłaty za coś.
Nie możesz dostać wsparcia od króla egoistów. Niezależnie od tego, ile razy wsparcie mu darowałeś.
Czasem, za ciężką pracę i wyrzeczenia dostajesz razy.
Nie wszystko da się przewidzieć.

Ostatecznie czuję żal.
Czuję żal i strach, bo nie chcę gorzknieć. Z akcji na akcję jest coraz bardziej gorzko. Czuję się stara. Świat jest czasem brutalny, i, gdy dajesz tyle, ile możesz, dostajesz w zamian czystą postać podłości. Nie wiem, jak to nazwać. Polską cebulą? Ludzie postępują tak na całym świecie. Chamstwem? To za mało.

Obok nas żyją kreatury. Wampiry, które żywią się dobrą energią. Wysysają ją. Przez jakiś czas chodzą najedzone, jednak nadal biadolą o swojej chorobie. O przekleństwie nad nimi ciążącym.
Wampirom trudno dostrzec, że każdy cierpi na tę samą chorobę, co one. Może po prostu tak jest im wygodnie. Może czują się, przez budowanie własnego mitu, lepiej.
Ale coś takiego, to sztuczna wartość.
W końcu, może są zbyt leniwe i głupie, aby cokolwiek zrobić ze swoim jestestwem. Przecież bycie człowiekiem nie jest tak trudne. Już niech nawet nie będą dobrymi ludźmi. Niech po prostu zasłużą na miano człowieka.

Współczuję wszystkim, którzy współżyją z wampirami. Wampirom natomiast - już nie współczuję. Nie zasługują na to. Na nic, tak naprawdę, nie zasługują.

Marazm to grzech śmiertelny.

Share:

wtorek, 26 lipca 2016

27. Woodstock 2016

JEDZIEMY NA WOODSTOCK!

Kilka miesięcy temu pisałam, że wybraliśmy OldTown, a Woodstock został zepchnięty na dalszy plan. Jednak mamy w zwyczaju zmieniać plany tak... kilka razy na miesiąc, jeżeli chodzi o wyprawy. I w ogóle wszystko.

Marcin na Woodstocku był pierwszy raz.
Mogłabym podsumować ten festiwal jego słowami, w których podziękował, że go zabrałam w to miejsce. Że tak może spędzać każdy urlop. Że to jest to dobre miejsce na Ziemi. Że po prostu jest dobrze.

Ale nie ograniczę się do kilku zdań, bo tworząc słowa z literek dobrze się bawię. I chcę tę umiejętność szlifować.


Pojechaliśmy we wtorek, 12 lipca. Nasz pociąg był szalenie pusty, zupełnie inny, niż to, co pamiętałam. Jeszcze na peronie nawiązaliśmy znajomość z bardzo pozytywnym człowiekiem, którego imienia nie pamiętam. W naszym wagonie podróżowało bodajże osiem osób. A nasz nowy znajomy grając na djembe (?) opowiedział nam piękne historie głuchymi dźwiękami.
Ten Woodstock był bardzo ciekawą przygodą właśnie przez liczne doświadczenia... hm... na granicy jawy i fantazji.

Na miejscu mieliśmy problem, aby znaleźć odpowiednio dużo miejsca, ostatecznie udało się znaleźć placyk na pięć namiotów, a miało być ich bodajże 14. W dodatku jedno miejsce i tak nam skradziono, mimo ogrodzenia terenu. Najwyraźniej zbyt późno pojechaliśmy. Chociaż nie pamiętałam, aby wcześniej w lesie koło pasażu i wioski Kryszny było aż tak dużo ścieżek między obozami.

Nie wiem, czy jestem w stanie opisać dzień po dniu i czy w ogóle jest sens, aby to robić. Mam wspomnienia, a wolę opisać emocje, które towarzyszyły mi przez te sześć dni. Chociaż to też będzie trudne, ponieważ na Woodstocku towarzyszą nam czyste emocje, które nazwać to trochę głupota. Zawsze uważałam, że te najczystsze uczucia, poprzez opisanie ich słowami używanymi na co dzień, tracą swoją moc.

Bo emocje na Woodstocku są niepowtarzalne. Nie ciągnie mnie na koncerty, od kiedy mam problemy z nogą. Na górkę ASP nawet nie próbuję wejść, ponieważ wiem, że nigdy tam nie dotrę. :-) Poza tym, myślę, że moją największą pasją są właśnie ludzie.
Dlatego chodzę i obserwuję.
Uśmiechniętych ludzi z każdej subkultury i chyba każdego wyznania. Zarówno zatwardziałych korwinistów, jak i - tym razem - niezmasakrowanych lewaków. Dzieciaki, które pewnie nagadały rodzicom, że jadą do koleżanki/kolegi na noc, aby chociaż na jeden dzień wyrwać się do Kostrzyna nad Odrą. Ludzi starszych od moich rodziców. Typowych "Sebixów" i type "kuce". Po prostu Woodstockowiczów.
Patrzę na nich, rozmawiam z nimi i piję, rozdaję i proszę o papierosy. Przytulam. Dorzucam się do "powrotu do domu" ostatniego dnia.

I na te kilka dni festiwalu, czuję, że kocham wszystkich, a wszyscy kochają mnie. Właśnie w tym miejscu mogę zdobyć energię, którą muszę dawkować sobie przez cały rok. Energię, która pozwala mi być coraz lepszym człowiekiem.

Przy okazji Pyrkonu pisałam, że ciężki chlanie jest dla mnie już... zbyt ciężkie. Ale kto powiedział, że muszę tyle pić? Faktycznie chodziłam z kubeczkiem, ale nie prosiłam za dużo o dolewki. Najczęściej i tak wylewałam te miksy różnych piw, win domowej roboty, czy drinków.

Bo Woodstock, Brudstockiem zwany, nie jest wylęgarnią narkomaństwa, seksu i innych przestępstw. Woodstock to miejsce, które łącz tych, którzy chcą po prostu dobrze się bawić. To, że zdarzają się przestępstwa...
To tak samo jak z Pokemon GO. Jeżeli ktoś jest idiotą, wejdzie pod samochód, niezależnie, czy próbuje złapać Pidgeya, czy sprawdza SMSy.
Gwałty, kradzieże, narkotyki, mają miejsce zarówno w Kostrzynie nad Odrą jak i w Warszawie lub Kotomierzu. I to przez cały rok. Nie tylko podczas kilku dni najpiękniejszego festiwalu na świecie.


A ten Woodstock był moim najlepszym. Odliczam dni do kolejnego, bo Woodstocku nikt nie może nam odebrać. :-)
No i dzięki możliwości porównania 21. Przystanku z tegorocznym, 22. mogę dostrzec to, ile zmian we mnie zaszło. Z zakompleksionej, samotnej i smutnej osoby zmieniłam się w druidkę na 22 poziomie. Nie miałam problemu, aby chodzić w szortach i staniku, bo kocham moje ciało. Pewność siebie to najpiękniejsza ozdoba człowieka. I działa.

Poznałam wielu cudownych ludzi, spędziłam czas z Marzycielami, odświeżyłam stare znajomości i mam więcej wspomnień z nowymi znajomymi. Żyć nie umierać.
Dziękuję wszystkim, którzy stworzyli mój 22. Przystanek Woodstock.
Krasnoludowi, Ani, Romanowi, Rogerowi, Cezaremu, części Mantykory, Kasi i Robertowi/Grellowi i Sebie, Marzycielom. I wszystkim, których nie sposób wymienić z imienia lub ksywki, bo ich nie znam.
Czarodziejowi z lupą; Róży; koledze, który stracił głos, abym ja swój odzyskała (czary!); wszystkim punkom, którzy chcieli zabrać mnie do namiotu; punkowi ze Szczurkiem; małym dziewczynkom; koledze, który poczęstował mnie kawą i troskliwie pytał, jak się bawimy; ziomeczkowi z kwiatami we włosach, z którym rozmawialiśmy o drzewach i ich mocy; wszystkim, którzy robili nam zdjęcia (chciałabym jakieś dostać...) i... wszystkim, których trąciłam, lub którzy trącili mnie, wszystkim-wszystkim-wszystkim.
Było najlepiej.
Jak co roku. :-) za to powrót, także jak co roku, był okropny :-) 


Zaraz będzie ciemno... 


No i zapraszam na relację Człowieka Wargi, na koniec pojawiają się nasze mordki. Poza tym, to przecudny film. Ryczałam jak jebany bóbr! 

Share:

wtorek, 5 lipca 2016

26. Kiedy zmywam naczynia myślę o egoizmie oraz liczbie cegieł w Malborku



Dzień 7786.
Już ponad 21 lat żyję na planecie zwanej Ziemią, lub z łaciny Tellus. Jestem jednym z ponad siedmiu miliardów przedstawicieli mojego gatunku.
Nigdy nie wyobrażałam sobie, ile to jest – siedem miliardów. Zastanawiam się, czy mogłabym jakoś ustosunkować się przy liczbie cegieł w zamku malborskim. Chociaż chyba nikt ich nie policzył. Jest za to mówione, iż to ich największe skupisko w tej części Europy.
Siedem miliardów to dużo.

Co zatem znaczę ja? Jedna malutka jednostka, której nawet nie bierze się pod uwagę, gdy widzi się liczbę siedmiu miliardów.
A jednak jestem tu i widziałam zamek w Malborku z wielką ilością cegieł. Jedna cegła może zabić, gdy spadnie w nieodpowiednim czasie, zatem ja też mam jakieś znaczenie – mogę wpłynąć na wiele rzeczy.

Ale to nieważne. 

Jestem Mart, Mart Morrison, Martyna Ewa Miler. Mam 21 lat i przypisany numerek zaczynający się od mojego rocznika. Zostaną po mnie jakieś wyblakłe kartki z tym numerkiem: rejestracja na uczelnię, świadectwa dojrzałości, mandaty. I pewnie wiele innych rzeczy.
Jestem numerkiem.

Chociaż przedstawiam się jako Mart.
Bliżej mi do bycia Mart niż do bycia numerkiem.
Chociaż na świecie żyje wiele osób przedstawiających się jako „Mart”, a mój numerek jest jedyny.
Ale nadal wolę być Mart.


Odbieram świat jako ja. I tylko jako ja. Czasem może próbuję wczuć się w kogoś innego, ale najlepiej wychodzi mi patrzenie przez pryzmat siebie.
Tak, jestem też egoistką. Egoistka Mart.
I nie sądzę, aby to było coś złego. Egoizm w odpowiedniej formie jest zdrowy. Nie wierzę w altruizm.

Bo jeżeli działam tak, aby nazywać siebie „altruistą”, czy nie robię tego, aby dobrze czuć się ze sobą, bo (ja) uważam, że tak należy? Zatem, czy nie jest to egoizm? Jeżeli wyślę pięć tysięcy złotych dla głodujących dzieci z Afryki, będę dobra, dołożę małą cegiełkę do budowania im lepszego bytu, ale… dlaczego to zrobię?
Zrobię to żeby pomóc dziecku, którego nigdy na oczy nie zobaczę? Jestem gotowa wyrzec się dla nazwijmy go, Bambo, lalki, o której marzę? Za pięć tysięcy mogłabym kupić lalkę, nawet limitowaną i wyposażyć ją w najlepszych sklepach!
Tu pojawia się kolejna myśl: egoizm i altruizm są zawsze w parze. Jedno nie może istnieć bez drugiego.
Często w filmach/serialach/książkach/czymkolwiek powtarzana i wałkowana jest myśl: światło nie może istnieć bez ciemności i na odwrót.
Ciemność jest na ogół tą złą. Ale nie może być przecież tą złą. Dzięki niej istnieje światło, to dobre. Poza tym, dlaczego ciemność w ogóle miałaby być zła? Koty widzą lepiej w ciemności, a intensywne światło oślepia także człowieka.

No ale wracając do egoizmu.
Postępując w jakikolwiek sposób, robię to, co jest dobre dla mnie, moich priorytetów. Załóżmy: jestem śmiertelnie chora, nie zostało mi wiele. W tym czasie dowiaduję się, że mojej ukochanej osobie potrzebny jest przeszczep jakiegoś organu – przypadkiem mogę być idealnym dawcą. Decyduję się na eutanazję (o ile mój kraj pozwala mi na to). W tym przypadku moim priorytetem było życie kogoś, kogo kocham, ale… to nadal był mój priorytet.

Jest siedem tysięcy siedemset osiemdziesiąty szósty dzień mojego życia. I tego dnia zapisuję, iż wszyscy jesteśmy egoistami. Ale to nie jest nic złego. Od nas zależy, jak ukształtujemy samych siebie i jak będziemy postępować.
Tak samo, jak od nas zależy, jak będziemy świat postrzegać, ale to już inna myśl. No bo: jednym okiem widzę kolory inaczej, niż drugim. Różnica jest minimalna i ponoć większość ludzi tak ma.




Są trzy osoby. Każda widzi inną figurę. Która ma rację?
Każda.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak to mówią. Ale to dygresja. Oczywiście, nie można brnąć zbyt daleko w tolerancji zdania innych, gdy wmawiają nam, że czarne jest białe. Ale już coś, co dla mnie jest czarne, dla kogoś może być jedynie ciemnym szarym.

Nie wiem, co mi wpadło do głowy, aby to pisać. Zaczęłam sobie myśleć w ten sposób zmywając naczynia po obiedzie. Zaczęłam myśleć o każdej nieistotnej dla siedmiu miliardów jednostce, która pojawieniem się w moim życiu – wpłynęła na nie.
I mówię tu nawet tych najdrobniejszych spotkaniach – o pani, która miała dużo srebrnych kolczyków i uśmiechnęła się do mnie, gdy koło 14 szłam po przyprawę do kurczaka na obiad.
Zaczęłam myśleć o ludziach, którzy wyraźniej kształtowali moją osobę: o każdym – w moim mniemaniu – idiocie, który po przyjęciu alkoholu, czy pod wpływem innego imprezowego wyskoku, zaczyna wmawiać innym własny geniusz, a zapomina o ważnej rzeczy. O tolerancji, o szacunku do innych bytów, które dla samego idioty nic nie znaczą, bo, ot, raz spotkana osoba. Ale te byty są drugim wszechświatem zaraz obok. Zazębiamy się. Ty możesz wpłynąć na mój świat, mój drogi idioto, wpłynąłeś pewnie na ten tekst, a to dużo. Czy ja w jakimś sposób wpłynęłam na Twój świat? To Twoja sprawa, mnie już prawdopodobnie nie dotyczy.

Myślę, że to przepiękne. Przepiękny jest ten nasz egoizm. Przepiękne jest dostrzeżenie, gdy w moim świecie widzę zarys innych światów.
To naprawdę piękne.


Share:

wtorek, 21 czerwca 2016

25. K. T. Lewandowski „Ksin. Początek”

W najbliższym czasie blog prawdopodobnie zostanie zawieszony. Chociaż to kwestia do dogadania. Jednak, póki mam możliwość, nadrobię troszkę zaległości, żeby nie został taki pusty. A poza dzisiejszym postem, zapraszam tutaj: niechcetego.blogspot.com (niektóre fakty zostały złączone, niektóre inicjały zmienione, takie tam, ochrona danych innych osób)



Wilki budzą respekt do dziś. Obraz samotnego wilka na skale, najlepiej na tle księżyca, zakorzenił się w pop kulturze i jest symbolem mistycznej natury. W bajkach, które poznawaliśmy jako dzieci, wilk był tym złym, przebiegłym i mrocznym. A w historii odnotowano stada agresywne do tego stopnia, że całe wioski ryglowały drzwi na noc. Nie bez powodu w folklorze, głównie słowiańskim, pojawiła się postać wilkołaka, którego nie trzeba przedstawiać żadnemu czytelnikowi fantasy. Wilkołaki budzą grozę, a jednocześnie przyciągają zainteresowanie. Są ofiarami „choroby”, a jednocześnie śmiertelnie niebezpiecznymi bestiami. Istnieje nawet teoria, która mówi, iż wilkołaki są starszymi kuzynami wampirów.
Jednak współczesny, młody odbiorca otacza się często kotami. Najlepiej śmiesznymi, lub słodkimi.

Zatem pomysł stworzenia kotołaka, czyli tak jakby wilkołaka, ale kota, musiał być dobry.
Nasz rodzimy autor, Konrad T. Lewandowski nie był jedynym, który powołał do życia takie stworzenia. Możemy spotkać je Eragonie Christophera Paoliniego lub w jednej z popularniejszych serii gier, The Elder Scrolls.
Pomysł uczynienia głównym bohaterem przedstawiciela nieznanego dotąd gatunku nadal nie jest gwarancją sukcesu. Oczywiście, osadzenie głównego bohatera w ciekawym świecie, jest bez wątpienia dobrym krokiem.

Co mogło się nie udać?

Ksin. Początekto prequel do jednej z najbardziej znanych serii fantasy w polskiej literaturze. Łączy nieznaną wcześniej historię pochodzenia Ksina i mikropowieśćPrzybysz, czyli najstarszy, teraz rozszerzony, tekst o kotołaku.”- głosi notka wydawnictwa Nasza Księgarnia na bardzo ładnie zaprojektowanej okładce w zimnych barwach.
Patrząc na samą okładkę można spodziewać się czegoś, co dreptało tym samym szlakiem polskiej fantastyki, co Geralt z Rivii lub Vuko Drakkainen.
I faktycznie, Ksin ujrzał światło dzienne rok po Rzeźniku z Blaviken, a od bohatera Pana Lodowego OgroduJarosława Grzędowicza jest starszy o aż siedemnaście lat.

W nowej, poszerzonej przez autora, wersji sagi o kotołaku poznajemy dwie, pozornie nie związane ze sobą historie, które dzieją się w odstępie dwudziestu lat.

Główną jest opowieść o tytułowym Ksinie, dziecku klątwy, potworze. Jednak dzięki miłości jego piastunki, Starej Kobiety, kotołak nauczył się panować nad swą mroczną naturą. Ksin jest outsiderem, jego jedynym towarzystwem była opiekunka oraz różnego rodzaju potwory Onego. Jednak towarzystwo tak zwanych, odczłowieczeńców, mało odpowiadało młodemu kotołakowi, który zabijał je dla przyjemności. Jednak, gdy kobieta umiera, bohater wykonuje jej ostatnią wolę i rusza w kierunku cywilizacji. Bardzo szybko ratuje zbiegłą prostytutkę Hanti, z którą od teraz podróżuje, a ich relacja bardzo szybko nabiera rumieńców.

Postać mrukliwego, stroniącego od ludzi bohatera walczącego z potworami utarła się w polskiej (a od czasów wydania gier spod szyldu CD PROJECT, nie tylko) fantastyce i zdecydowanie Ksin nie jest jej pierwowzorem. Mając na uwadze, że pierwsze opowiadanie o wiedźminie opublikowane zostało w 1990 roku, a pierwsza część przygód kotołaka rok później, nie można zarzucić Konradowi T. Lewandowskiemu plagiatu. Zwłaszcza, gdy autor gwarantuje, iż pomysł wpadł mu do głowy w roku 1988.
Między bohaterami jest jedna wielka różnica. Postać Geralta jest napisana przez jużukształtowanego,trochę szowinistycznego mężczyznę. Wiedźmin jest ludzki, zagłębiając się w jego przygody, wierzymy w autentyczność całej postaci, ponieważ łączy różne cechy, z którymi spotykamy się każdego dnia.
Natomiast przeplatanie debiutu z
dojrzalszymiumiejętnościami literackimi autora sagi o kotołaku spowodowało u mnie podejrzenie, że książkęnapisał ojciec z córką. Momentami można poczuć wręcz rzewneutęsknienie za ogromną ilością potterowskich fanfiction publikowanych na blogach przez gimnazjalistki, które starały się dojrzale, a momentami także pikantnie opisywać perypetie miłosne Lily i Jamesa Potterów. Wówczas bohaterowie są bardzo sztuczni, a dialogi wywołują niekryty uśmiech zażenowania. I wciąż nie mogę ulec wrażeniu, że Ksin to młodszy brat Geralta, który bardzo chciałby być taki, jak wiedźmin.

Coby nie być gołosłownym podamprzykład z pierwszych stron powieści.

Mamy oswobodzoną Hanti, która odkrywa, iż jej wybawca jest potworem. Nieludzką bestią. Rzuca się na niego, a gdy ten nie zjada jej, tylko tłumaczy, że jest inny niż wszyscy (zdanie “nie jestem taki, jak myślisz”, które wypowiada Ksin, sprawia, iż jestem pewna, że zaraz trzaśnie drzwami wychodząc). Jednak dziewczyna pozwala mu opowiedzieć swoją historię, z której faktycznie wynika, że jest inny od innych. Ale w tym momencie następuje dialog, który spowodował u mnie spazmy śmiechu.

- I ja mam ci wierzyć? - powiedziała cicho.
- A masz lepszy pomysł? - żachnął się.
- Mam – wyszeptała. - Możesz mi rozpiąć bluzkę…

Fantastyka cechuje się tym, że odbiega od rzeczywistości. Jednak zachowania bohaterów powieści fantastycznych najbardziej przemawiają do mnie, gdy są zbliżone do tych, które znam z rzeczywistości. Jestem pewna, że mało jest kobiet, które po ucieczce z burdelu, w dodatku dostawszy się w łapy kotołaka, czy innego odczłowieczeńca, prosiłyby go tak szybko o rozpięcie bluzki…



Jednak starszy tekst powieści przeplata się momentami z dopisanymi później historiami. Skok stylu jest bardzo zauważalny, co sprawia, że czytanie jest jeszcze trudniejsze. Kiedy już udało mi się przyzwyczaić do języka, którego sama używałam opowiadając o Syriuszu Blacku, nagle w historii pojawiały się dwie-trzy wypowiedzi, które brzmią pięknie (chociaż to może być złudzenie wywołane niezbyt wysokim poziomem większości historii).



Najgorszym punktem Ksin. Początekjest sztuczne stylizowanie języka. Rzucane momentami archaizmy mogą nadać wypowiedzi bohaterów klimat, jednak nieudolna próba odtworzenia mowy pseudo-średniowiecznej po prostu boli. W rezultacie dostajemy paplaninę, którą autor wyjaśnia przez kilka stron rozbudowując dialog, którego nie trzeba było rozbudować.

Jednak ku mojemu zdziwieniu, w ostatnich rozdziałach Ksin i jego towarzysze nie irytowali prawie w ogóle. Charaktery nabrały wymiaru. Stały się prawie realistyczne. Przestali nawet używać tak bezsensownego języka. Ksin co prawda nadal krzyczy za każdym razem, gdy otwiera usta, ale można założyć, że taki ma charakter. W końcu, jest złym odczłowieczeńcem.


Poza historią samego Ksina, poznajemy także opowieść o córce kupca, Aspaji Kador. Dziewczynę poznajemy jako rozpieszczoną i złą do szpiku kości. Nie ma najmniejszych zahamowań przed okropnymi uczynkami. Nie szanuje rządnychświętości, a jedyne co dla niej ważne, to jej własny czubek nosa i… ukochany kot. Niestety, Aspaji udaje się usnucie intrygi, która doprowadza do klęski prawie całego królestwa. Wraz z dwoma magami nieświadomie wypełnia klątwę rzuconą dawno temu, a gubi ją jej własny egoizm.



Ta część książki jest pisana w sposób, którzy przywodzi na myśl legendę miejską. Tutaj przerysowane postacie nie gryzą w oczy aż tak. Ponadto silnie kojarzy mi się z Yotsuya Kaidan - Opowieścią o Duchu z Yotsuispisaną przez Jamesa Seguina de Benneville (która warta jest jesiennego wieczoru). Mamy do czynienia z nieubłaganym losem, a perypetie bohaterów opisywane są szybko i pobieżnie. Tak, jakbyśmy słuchali tej historii w karczmie, a nawet osoba opowiadająca sprawia wrażenie, że nie do końca wierzy w to, co mówi. Dostajemy od narratora szybkie wyjaśnienia, zarysy historyczne, który wpłynęły na przebieg wydarzeń, lub poznajemy ówczesną kulturę. A język, którym Lewandowski nam to serwuje jest dopasowany do gawędy.

Niestety, przerysowane postacie z historii Ksina sprawiają, że opowieść o Aspaji traci swój urok. Pojawia się także wrażenie, że znaczna część historii jest napisana, aby zwiększać objętość książki. Bo równie dobrze, mogłaby zamknąć się w dłuższym opowiadaniu.
Niesmak, który towarzyszył mi do dwudziestego-drugiego rozdziału rozwiał się pod koniec powieści. Wystarczyły trzy, napisane bardzo przyjemnie, abym - gdy już się zregeneruję - sięgnęła po tom II Ksin Drapieżca.

Niewątpliwym atutem, którym bronić może się tapozycja,jest bardzo ciekawy świat oraz postać, mimo wszystko, zbyt heroicznego bohatera. Jednak i takich wielu przemierza fantastyczne krainy. Sam świat może zachwycać słowiańskim klimatem panującym weń.Spotykamy w nim wiele stworzeń, opisanych często w bliski folklorowi sposób - co powoduje zapewne sympatyzowanie autora z Rodzimym Kościołem Polskim. Bardzo miłą niespodzianką jest także odmienne znaczenie magów, niż to, które serwująnam najpoczytniejsi autorzy fantasy. Sama przeszłość Ksina jest pomysłem niewątpliwie zaskakującym i intrygującym.
Przy czytaniu natomiast najbardziej przeszkadzały mi niezgrabne dialogi, komiczne stylizowanie języka i opisy scen miłosnych, zdecydowanie zbyt krwawe, wręcz obrzydliwe kaźni, a przede wszystkim - bohaterowie, którzy nie mieli w sobie ni grama autentyzmu. A nadane im imiona zdecydowanie nie pomagały w polubieniu ich.

Początkowo uważałam, że jest to bardzo dobra książka dla najmłodszych czytelników, jednak bardzo brutalne opisy tortur obudziły we mnie instynkt nadopiekuńczej matki – opis nerwu oka zawiązanego na supełek, ale jeszcze dyndającego z oczodołu to nie jest coś dla najmłodszych. Jeżeli ktoś ma ochotę na powieść, która nie wymaga wiele uwagi, a momentami jest tak nudna, że wręcz wymaga utraty skupienia - jest to książka dla niego.

Konrad T. Lewandowski „Saga o Kotołaku; Ksin. Początek”: może być, 4/10





Share:

czwartek, 19 maja 2016

24. O marzeniach trochę.




Przez jakiś czas nie marzyłam.
Rok temu moim marzeniem było pogodzić się ze sobą, mieć pewność, że nie jestem i nie będę nigdy sama. Kiedy kilka miesięcy temu osiągnęłam to, nie wiedziałam, co powinno być dalej.

Oczywiście, były jakieś wizje. Ale to wszystko było nieokreślone. Trochę, jakby szukanie marzeń było szukaniem odpowiedniej tkaniny, tyle że po omacku. Bo o ile można w ciemności poznać jej strukturę, tak kolor i wzór pozostaje niepewny.
Wiedziałam, czego szukam, jednak dopiero teraz zapaliło się światło i wiem, który wzór jest mi teraz potrzebny. I bardzo łatwo mogę go znaleźć, ponieważ szukając po omacku znalazłam odpowiadające mi tkaniny. Teraz wybrałam wzór.

Ale to za chwilę.
Składając życzenia często życzono mi "spełnienia wszystkich marzeń". Jedynie mój Tata życzył mi, aby spełniało się jedno, a na jego miejsce przychodziło kilka nowych. Myślę, że to jedna z mądrzejszych lekcji od niego, o ile nie najmądrzejsza.
Za pierwszym razem, gdy usłyszałam coś takiego łamiąc się opłatkiem, musiałam zrobić duże oczy, a Tata mówił powoli, takim głosem, którym zawsze składa życzenia. Mówił, że człowiek, któremu spełnią się wszystkie marzenia staje się pusty, a jego życie nie ma celu.
I to jest prawda.
Chociażby Skaza, ten, który zabił Mufasę. Jego marzeniem było objąć Lwią Skałę. I co dalej? Nic więcej nie robił, zgnuśniał. Wiele osób uważa go za najczarniejszy charakter Disneya, ale on po osiągnięciu celu zrobił się taki... nudny.
I tak zawsze uważałam, że najgorszy był Shan Yu z "Mulan" (to była najokrutniejsza bajka! ta laleczka bezimiennej dziewczynki...!)  oraz Frollo z "Dzwonnika z Notre Dame" (może zawsze bałam się fanatyków?) 
Ale wracając. Czasem, gdy spełni się to największe marzenie i to nieoczekiwanie, nie wiadomo, co zrobić ze sobą dalej. Szukanie czegoś na siłę też nie jest dobre. Myślę, że tę chwilę trzeba przeczekać, chociaż też nie będąc biernym.
Bycie biernym przy marzeniach jest najgorszą możliwością.

Ale mi zapaliło się światło. Bo poza tym, że chcę powiększać kolekcję BJD, że chcę kształcić się w szeroko pojętym crafcie, że chcę mieć wielką biblioteczkę fantastyki, biografii muzyków i twórczości Murakamiego (bo Zafóna już mam), że te wszystkie małe rzeczy...
chcę przede wszystkim mieć swój kąt.
Nasz kąt.

Chcę mieszkać z moim Krasnoludem i radzić sobie z problemami własnego gospodarstwa.
Tego życzcie mi na wszystkie okazje, do czasu, aż się spełni. :-)


Share: