wtorek, 21 czerwca 2016

25. K. T. Lewandowski „Ksin. Początek”

W najbliższym czasie blog prawdopodobnie zostanie zawieszony. Chociaż to kwestia do dogadania. Jednak, póki mam możliwość, nadrobię troszkę zaległości, żeby nie został taki pusty. A poza dzisiejszym postem, zapraszam tutaj: niechcetego.blogspot.com (niektóre fakty zostały złączone, niektóre inicjały zmienione, takie tam, ochrona danych innych osób)



Wilki budzą respekt do dziś. Obraz samotnego wilka na skale, najlepiej na tle księżyca, zakorzenił się w pop kulturze i jest symbolem mistycznej natury. W bajkach, które poznawaliśmy jako dzieci, wilk był tym złym, przebiegłym i mrocznym. A w historii odnotowano stada agresywne do tego stopnia, że całe wioski ryglowały drzwi na noc. Nie bez powodu w folklorze, głównie słowiańskim, pojawiła się postać wilkołaka, którego nie trzeba przedstawiać żadnemu czytelnikowi fantasy. Wilkołaki budzą grozę, a jednocześnie przyciągają zainteresowanie. Są ofiarami „choroby”, a jednocześnie śmiertelnie niebezpiecznymi bestiami. Istnieje nawet teoria, która mówi, iż wilkołaki są starszymi kuzynami wampirów.
Jednak współczesny, młody odbiorca otacza się często kotami. Najlepiej śmiesznymi, lub słodkimi.

Zatem pomysł stworzenia kotołaka, czyli tak jakby wilkołaka, ale kota, musiał być dobry.
Nasz rodzimy autor, Konrad T. Lewandowski nie był jedynym, który powołał do życia takie stworzenia. Możemy spotkać je Eragonie Christophera Paoliniego lub w jednej z popularniejszych serii gier, The Elder Scrolls.
Pomysł uczynienia głównym bohaterem przedstawiciela nieznanego dotąd gatunku nadal nie jest gwarancją sukcesu. Oczywiście, osadzenie głównego bohatera w ciekawym świecie, jest bez wątpienia dobrym krokiem.

Co mogło się nie udać?

Ksin. Początekto prequel do jednej z najbardziej znanych serii fantasy w polskiej literaturze. Łączy nieznaną wcześniej historię pochodzenia Ksina i mikropowieśćPrzybysz, czyli najstarszy, teraz rozszerzony, tekst o kotołaku.”- głosi notka wydawnictwa Nasza Księgarnia na bardzo ładnie zaprojektowanej okładce w zimnych barwach.
Patrząc na samą okładkę można spodziewać się czegoś, co dreptało tym samym szlakiem polskiej fantastyki, co Geralt z Rivii lub Vuko Drakkainen.
I faktycznie, Ksin ujrzał światło dzienne rok po Rzeźniku z Blaviken, a od bohatera Pana Lodowego OgroduJarosława Grzędowicza jest starszy o aż siedemnaście lat.

W nowej, poszerzonej przez autora, wersji sagi o kotołaku poznajemy dwie, pozornie nie związane ze sobą historie, które dzieją się w odstępie dwudziestu lat.

Główną jest opowieść o tytułowym Ksinie, dziecku klątwy, potworze. Jednak dzięki miłości jego piastunki, Starej Kobiety, kotołak nauczył się panować nad swą mroczną naturą. Ksin jest outsiderem, jego jedynym towarzystwem była opiekunka oraz różnego rodzaju potwory Onego. Jednak towarzystwo tak zwanych, odczłowieczeńców, mało odpowiadało młodemu kotołakowi, który zabijał je dla przyjemności. Jednak, gdy kobieta umiera, bohater wykonuje jej ostatnią wolę i rusza w kierunku cywilizacji. Bardzo szybko ratuje zbiegłą prostytutkę Hanti, z którą od teraz podróżuje, a ich relacja bardzo szybko nabiera rumieńców.

Postać mrukliwego, stroniącego od ludzi bohatera walczącego z potworami utarła się w polskiej (a od czasów wydania gier spod szyldu CD PROJECT, nie tylko) fantastyce i zdecydowanie Ksin nie jest jej pierwowzorem. Mając na uwadze, że pierwsze opowiadanie o wiedźminie opublikowane zostało w 1990 roku, a pierwsza część przygód kotołaka rok później, nie można zarzucić Konradowi T. Lewandowskiemu plagiatu. Zwłaszcza, gdy autor gwarantuje, iż pomysł wpadł mu do głowy w roku 1988.
Między bohaterami jest jedna wielka różnica. Postać Geralta jest napisana przez jużukształtowanego,trochę szowinistycznego mężczyznę. Wiedźmin jest ludzki, zagłębiając się w jego przygody, wierzymy w autentyczność całej postaci, ponieważ łączy różne cechy, z którymi spotykamy się każdego dnia.
Natomiast przeplatanie debiutu z
dojrzalszymiumiejętnościami literackimi autora sagi o kotołaku spowodowało u mnie podejrzenie, że książkęnapisał ojciec z córką. Momentami można poczuć wręcz rzewneutęsknienie za ogromną ilością potterowskich fanfiction publikowanych na blogach przez gimnazjalistki, które starały się dojrzale, a momentami także pikantnie opisywać perypetie miłosne Lily i Jamesa Potterów. Wówczas bohaterowie są bardzo sztuczni, a dialogi wywołują niekryty uśmiech zażenowania. I wciąż nie mogę ulec wrażeniu, że Ksin to młodszy brat Geralta, który bardzo chciałby być taki, jak wiedźmin.

Coby nie być gołosłownym podamprzykład z pierwszych stron powieści.

Mamy oswobodzoną Hanti, która odkrywa, iż jej wybawca jest potworem. Nieludzką bestią. Rzuca się na niego, a gdy ten nie zjada jej, tylko tłumaczy, że jest inny niż wszyscy (zdanie “nie jestem taki, jak myślisz”, które wypowiada Ksin, sprawia, iż jestem pewna, że zaraz trzaśnie drzwami wychodząc). Jednak dziewczyna pozwala mu opowiedzieć swoją historię, z której faktycznie wynika, że jest inny od innych. Ale w tym momencie następuje dialog, który spowodował u mnie spazmy śmiechu.

- I ja mam ci wierzyć? - powiedziała cicho.
- A masz lepszy pomysł? - żachnął się.
- Mam – wyszeptała. - Możesz mi rozpiąć bluzkę…

Fantastyka cechuje się tym, że odbiega od rzeczywistości. Jednak zachowania bohaterów powieści fantastycznych najbardziej przemawiają do mnie, gdy są zbliżone do tych, które znam z rzeczywistości. Jestem pewna, że mało jest kobiet, które po ucieczce z burdelu, w dodatku dostawszy się w łapy kotołaka, czy innego odczłowieczeńca, prosiłyby go tak szybko o rozpięcie bluzki…



Jednak starszy tekst powieści przeplata się momentami z dopisanymi później historiami. Skok stylu jest bardzo zauważalny, co sprawia, że czytanie jest jeszcze trudniejsze. Kiedy już udało mi się przyzwyczaić do języka, którego sama używałam opowiadając o Syriuszu Blacku, nagle w historii pojawiały się dwie-trzy wypowiedzi, które brzmią pięknie (chociaż to może być złudzenie wywołane niezbyt wysokim poziomem większości historii).



Najgorszym punktem Ksin. Początekjest sztuczne stylizowanie języka. Rzucane momentami archaizmy mogą nadać wypowiedzi bohaterów klimat, jednak nieudolna próba odtworzenia mowy pseudo-średniowiecznej po prostu boli. W rezultacie dostajemy paplaninę, którą autor wyjaśnia przez kilka stron rozbudowując dialog, którego nie trzeba było rozbudować.

Jednak ku mojemu zdziwieniu, w ostatnich rozdziałach Ksin i jego towarzysze nie irytowali prawie w ogóle. Charaktery nabrały wymiaru. Stały się prawie realistyczne. Przestali nawet używać tak bezsensownego języka. Ksin co prawda nadal krzyczy za każdym razem, gdy otwiera usta, ale można założyć, że taki ma charakter. W końcu, jest złym odczłowieczeńcem.


Poza historią samego Ksina, poznajemy także opowieść o córce kupca, Aspaji Kador. Dziewczynę poznajemy jako rozpieszczoną i złą do szpiku kości. Nie ma najmniejszych zahamowań przed okropnymi uczynkami. Nie szanuje rządnychświętości, a jedyne co dla niej ważne, to jej własny czubek nosa i… ukochany kot. Niestety, Aspaji udaje się usnucie intrygi, która doprowadza do klęski prawie całego królestwa. Wraz z dwoma magami nieświadomie wypełnia klątwę rzuconą dawno temu, a gubi ją jej własny egoizm.



Ta część książki jest pisana w sposób, którzy przywodzi na myśl legendę miejską. Tutaj przerysowane postacie nie gryzą w oczy aż tak. Ponadto silnie kojarzy mi się z Yotsuya Kaidan - Opowieścią o Duchu z Yotsuispisaną przez Jamesa Seguina de Benneville (która warta jest jesiennego wieczoru). Mamy do czynienia z nieubłaganym losem, a perypetie bohaterów opisywane są szybko i pobieżnie. Tak, jakbyśmy słuchali tej historii w karczmie, a nawet osoba opowiadająca sprawia wrażenie, że nie do końca wierzy w to, co mówi. Dostajemy od narratora szybkie wyjaśnienia, zarysy historyczne, który wpłynęły na przebieg wydarzeń, lub poznajemy ówczesną kulturę. A język, którym Lewandowski nam to serwuje jest dopasowany do gawędy.

Niestety, przerysowane postacie z historii Ksina sprawiają, że opowieść o Aspaji traci swój urok. Pojawia się także wrażenie, że znaczna część historii jest napisana, aby zwiększać objętość książki. Bo równie dobrze, mogłaby zamknąć się w dłuższym opowiadaniu.
Niesmak, który towarzyszył mi do dwudziestego-drugiego rozdziału rozwiał się pod koniec powieści. Wystarczyły trzy, napisane bardzo przyjemnie, abym - gdy już się zregeneruję - sięgnęła po tom II Ksin Drapieżca.

Niewątpliwym atutem, którym bronić może się tapozycja,jest bardzo ciekawy świat oraz postać, mimo wszystko, zbyt heroicznego bohatera. Jednak i takich wielu przemierza fantastyczne krainy. Sam świat może zachwycać słowiańskim klimatem panującym weń.Spotykamy w nim wiele stworzeń, opisanych często w bliski folklorowi sposób - co powoduje zapewne sympatyzowanie autora z Rodzimym Kościołem Polskim. Bardzo miłą niespodzianką jest także odmienne znaczenie magów, niż to, które serwująnam najpoczytniejsi autorzy fantasy. Sama przeszłość Ksina jest pomysłem niewątpliwie zaskakującym i intrygującym.
Przy czytaniu natomiast najbardziej przeszkadzały mi niezgrabne dialogi, komiczne stylizowanie języka i opisy scen miłosnych, zdecydowanie zbyt krwawe, wręcz obrzydliwe kaźni, a przede wszystkim - bohaterowie, którzy nie mieli w sobie ni grama autentyzmu. A nadane im imiona zdecydowanie nie pomagały w polubieniu ich.

Początkowo uważałam, że jest to bardzo dobra książka dla najmłodszych czytelników, jednak bardzo brutalne opisy tortur obudziły we mnie instynkt nadopiekuńczej matki – opis nerwu oka zawiązanego na supełek, ale jeszcze dyndającego z oczodołu to nie jest coś dla najmłodszych. Jeżeli ktoś ma ochotę na powieść, która nie wymaga wiele uwagi, a momentami jest tak nudna, że wręcz wymaga utraty skupienia - jest to książka dla niego.

Konrad T. Lewandowski „Saga o Kotołaku; Ksin. Początek”: może być, 4/10





Share:

czwartek, 19 maja 2016

24. O marzeniach trochę.




Przez jakiś czas nie marzyłam.
Rok temu moim marzeniem było pogodzić się ze sobą, mieć pewność, że nie jestem i nie będę nigdy sama. Kiedy kilka miesięcy temu osiągnęłam to, nie wiedziałam, co powinno być dalej.

Oczywiście, były jakieś wizje. Ale to wszystko było nieokreślone. Trochę, jakby szukanie marzeń było szukaniem odpowiedniej tkaniny, tyle że po omacku. Bo o ile można w ciemności poznać jej strukturę, tak kolor i wzór pozostaje niepewny.
Wiedziałam, czego szukam, jednak dopiero teraz zapaliło się światło i wiem, który wzór jest mi teraz potrzebny. I bardzo łatwo mogę go znaleźć, ponieważ szukając po omacku znalazłam odpowiadające mi tkaniny. Teraz wybrałam wzór.

Ale to za chwilę.
Składając życzenia często życzono mi "spełnienia wszystkich marzeń". Jedynie mój Tata życzył mi, aby spełniało się jedno, a na jego miejsce przychodziło kilka nowych. Myślę, że to jedna z mądrzejszych lekcji od niego, o ile nie najmądrzejsza.
Za pierwszym razem, gdy usłyszałam coś takiego łamiąc się opłatkiem, musiałam zrobić duże oczy, a Tata mówił powoli, takim głosem, którym zawsze składa życzenia. Mówił, że człowiek, któremu spełnią się wszystkie marzenia staje się pusty, a jego życie nie ma celu.
I to jest prawda.
Chociażby Skaza, ten, który zabił Mufasę. Jego marzeniem było objąć Lwią Skałę. I co dalej? Nic więcej nie robił, zgnuśniał. Wiele osób uważa go za najczarniejszy charakter Disneya, ale on po osiągnięciu celu zrobił się taki... nudny.
I tak zawsze uważałam, że najgorszy był Shan Yu z "Mulan" (to była najokrutniejsza bajka! ta laleczka bezimiennej dziewczynki...!)  oraz Frollo z "Dzwonnika z Notre Dame" (może zawsze bałam się fanatyków?) 
Ale wracając. Czasem, gdy spełni się to największe marzenie i to nieoczekiwanie, nie wiadomo, co zrobić ze sobą dalej. Szukanie czegoś na siłę też nie jest dobre. Myślę, że tę chwilę trzeba przeczekać, chociaż też nie będąc biernym.
Bycie biernym przy marzeniach jest najgorszą możliwością.

Ale mi zapaliło się światło. Bo poza tym, że chcę powiększać kolekcję BJD, że chcę kształcić się w szeroko pojętym crafcie, że chcę mieć wielką biblioteczkę fantastyki, biografii muzyków i twórczości Murakamiego (bo Zafóna już mam), że te wszystkie małe rzeczy...
chcę przede wszystkim mieć swój kąt.
Nasz kąt.

Chcę mieszkać z moim Krasnoludem i radzić sobie z problemami własnego gospodarstwa.
Tego życzcie mi na wszystkie okazje, do czasu, aż się spełni. :-)


Share:

piątek, 22 kwietnia 2016

22. A park lepszy, niż trumna.

Brak półki, na której mogłyby siedzieć robalki zaowocował tym, że przeryczałam całą noc po schowaniu ich do kartonu.


Jednak Krasnolud sprostał zadaniu wyprowadzenia mnie z dołka. Między innymi takie sytuacje, gdy Marcin przypomina mi, że coś kocham lub coś daje mi szczęście, ponieważ sama o tym zapominam, sprawiają, iż wiem, że drugiego takiego uczucia z lupą szukać. Chociaż i tak się nie znajdzie. :-)

Rano zajęłam się robalkami. Oczyściłam z kurzu, przycięłam peruki i poprawiłam Dor makijaż - chociaż nie mam utrwalacza, no ale to nic. Usta mogę poprawiać non-stop, bo na resztę jeszcze starczyło. :v

Przycinanie peruk, to rzecz, której nie chcę podejmować się nigdy więcej. Nie dlatego, że wyszło to źle, bo chyba nie, ale... To dość trudne zadanie. Nie chcę i nie nigdy chciałam być fryzjerką. Jednak peruki dużo zyskały. Były dość szerokie, co udało mi się zwalczyć. Muszę coś zrobić z rudą główką Isiego, ponieważ źle łapie słońce i w ogóle światło. Bardzo sztucznie. A ponoć da się to zmieniać.


W Parku Wilsona złapaliśmy cudne światło. To chyba o tym mówił nauczyciel na tych kilku lekcjach z fotografii, na których byłam, zanim uciekłam na stałe z plastyka, gdy opowiadał o złotym świetle.





















Share:

czwartek, 21 kwietnia 2016

21. Zamknięci w trumnie.

Pamiętam, że jedną z pierwszych rzeczy w Internecie, które poznałam były dollfie. Ball-jointed-dolls. Zakochałam się. Chciałam koniecznie, a potem napisałam do Villemo (chyba), czy nie ma tańszych, dla 11-12 latki tysiąc to bardzo dużo, a... a one były takie piękne!

Przez kilka lat odwiedzałam blogi lalkarzy, sklepy, galerie na dA. I wciąż marzyłam, że będę miała swoją kolekcję. A kolekcja zawsze zaczynała się od jednej.



Od modelu bjd 1/4 z firmy IslandDoll, Amy. Na osiemnaste urodziny można zaszaleć, zażyczyć sobie coś... COŚ! Tak było w moim przypadku. Zażyczyłam sobie ją, Amy. Dorcas.
Wersja stockowa, miała wszystko, makijaż, perukę, ubranko, buty. Potem zaczęły się zmiany. I mimo że nie umiem szyć tak małych rzeczy zbyt dobrze, nie umiem robić dobrych zdjęć... Ba, na początku nie potrafiłam założyć peruki. Bałam się, że zrobię jej krzywdę.

Ale nigdy nie zapomnę czekania na nią. Odpakowania, gdy w końcu pewnego dnia po szkole, wchodząc do swojego, o dziwo sprzątniętego pokoju, potknęłam się o karton. Podłużny. Wysoki. Oznaczony delikatnym przedmiotem wewnątrz.
Dorcas.
Pamiętam, jak trzęsły mi się ręce, gdy otworzyłam pudło - do góry nogami. Pamiętam Dor, łysą i bez oczu, owiniętą, niczym mumia w folię bąbelkową. Na białej poduszce wyglądała trochę jak złożona w trumnie.
Miała krzywo przyklejoną rzęsę, ale i tak była piękna. Najpiękniejsza.
Nie była "Amy" z IslandDolla. Była Dorcas, istotą podobną do wampira, która ma ciało, jednak nie jest żywa. Samotną arystokratką, która czuła się winna śmierci swojej młodszej siostry.

Przechodziła wiele przemian. Była lolitą, hipiską, alternatywną dziewczyną z sąsiedztwa. Ale zawsze była Dor.

Potem pojawił się Isi. Ismael zdobył moje serce, gdy tylko zobaczyłam go wystawionego na sprzedaż w fejsbukowej grupie lalkowej. Miałam inny cel lalkowy, jednak przez jego zielone smutne oczka osadzone na piegowatej buźce, zapomniałam o upatrzonej lalce z DollZone. Zwłaszcza, że Isi jest 1/6, Yo-SD, ma 20-parę centymetrów! Dor jest prawie dwa razy większa.
Ismael był od zawsze rudy. Chociaż przyszedł do mnie jako białowłosy. Był rudy i był rozrabiaką. Małym psotnikiem. Jednak on także nie był ani martwy, ani żywy. Narodził się pomysł na historię mojej rozwijającej się gromadki. Moje małe wampirki, robaczki.

Wielokrotnie sadzałam ich obok siebie, trzymałam w rękach - upewniwszy się, że są czyste. Dorcas jest symbolem spełnionego marzenia. Była pierwsza i nie ma dla mnie Graila lalkowego, który przebiłby uwielbienie tego kawałka żywicy w ubrankach, mimo że to jeden z najpopularniejszych modeli.

Na jednej z półek w moim dziewczęcym pokoju był pokoik robalków. Drewniane łóżko, regał i szuflady. Mieli miniaturową lampę i książki. Poduszki, zabawki. I metalowy szezlong.
Mogłam mieć bałagan w całym pokoju, zagracone do tego stopnia, że podłoga była trochę legendarna. Ale ich półka zawsze była sprzątnięta i wyeksponowana. Moje rablki były moją chlubą.

Teraz mieszkam w Poznaniu. Siedzieli oboje na szezlongu, który stawiałam na podłodze w moim kącie. Jednak nie chcę narażać ich na niebezpieczeństwo.











Są zamknięci w kartonie, w którym przyszła Dorcas. Są zamknięci w trumnie.
Wiem, że to tylko lalki. Chociaż posążki bogów to też "lalki". Dla mnie te lalki są ogromnie i nieopisanie ważne. Chcę wyjąć je z trumny, chcę, żeby znowu żyły. Ale póki co, nie mogę im tego zapewnić.
I jest mi niewymownie źle.

Spełnionych marzeń nie można zamknąć w trumnie.
Share:

piątek, 15 kwietnia 2016

20. Pyrkon 2016.





Prawie rok temu wróciłam z pewnego wielkiego festiwalu. Byłam pewna, że impreza lepsza niż Przystanek Woodstock nie istnieje.

A okazuje się, że istnieje. Odbywa się w Poznaniu, od kilku lat na Targach. Pyrkon.
No i od razu uzasadnię swoje zdanie. Pyrkon oferuje nie tylko cudne imprezy, jaka to miała miejsce w nocy z piątku na sobotę, oferuje także ciekawych ludzi. Oczywiście, na Woodzie jest ich równie dużo. W sumie nie ma co porównywać konwentu fantasy z festiwalem muzycznym. Jednak pyrkonowa atmosfera zdecydowanie bardziej do mnie przemawia. Poza tym, cosplaye! <3

Ale chciałabym o samym Pyrkonie się wypowiedzieć.
Każda impreza tworzy, a przynajmniej powinna, swego rodzaju klimat, sos własny. W poprzedni weekend sos był taki, jakiego szukałam całe życie (hoho). Były spotkania ze starymi znajomymi oraz pierwsze spotkania z tymi, których od lat znałam "z internetu", były nowe znajomości, były piękne stroje dookoła, była możliwość założenia peruk (!!!) oraz ulubionych wdzianek, w które znowu się mieszczę. :3 Były cudeńka do nabycia, rozmowy z osobami, które chętnie przekazały trochę wiedzy z dziedziny tworzenia strojów, było dobre piwo! Była fajna impreza, bliższe poznawanie wielu ludzi. Były żarty, śmieszki i inne.
I generalnie było cudnie.

Nie jestem w stanie opisać całości, ponieważ chciałabym powiedzieć o wszystkim, bo praktycznie nie było chwili, gdy nie byłam czymś zaabsorbowana.
A nawet, gdy nie mieliśmy nic do roboty i w okolicy pałętała się nuda, pomocnie przybywał Muzyczny Kostur Tolerancji Lego, z którego non stop leciał jeden kawałek - jeszcze we wtorek siedział mi w głowie.
Nawet, gdy bez celu chodziliśmy po wystawcach lub w okolicach ogródka piwnego, co krok pojawiał się ktoś, kto bił pokłony Wielkiemu Przedwiecznemu, który prywatnie jest moim Krasnoludem.
Zwykła wyprawa po japońskie słodycze (nadal utrzymuję moją niechęć do M&A, ale słodycze japońskie są cudne) kończyła się spotkaniem najbardziej uroczego cosplayera świata, ledwo chodzącego Lorda Vadera.
Kilka sekund dla siebie z Krasnoludem-Przedwiecznym umilało świeżutkie dango, które zasmakowało mojemu wybrednemu wybrankowi. Czyli mam motywację, albo pretekst, aby je robić, a także zjadać całość! :3 A wspominam o tym, ponieważ mam wyjątkowo mało okazji, aby kosztować to cudo, a jest moją ambrozją. Obok większości japońskich specjałów.
Wieczorami były vixy: była vixa na wiosce postapo, była wędrująca impreza po całym terenie Targów dzięki wcześniej wspomnianemu Kosturowi. Były tańce, a Marcin grał w juggera (i rozwalił sobie palec u stopy i teraz biedak łyka tabletki). Był uprzejmy Wiedźmin i hover hand na moim ramieniu. I poznaliśmy gwiazdy telewizji TVN.

Wyrzucam z siebie pojedyncze wspomnienia i nie jestem w stanie skomponować tu sensownego tekstu, bo było po prostu dobrze.
A narzekania, że kolejki, że kości są brzydkie. że pre-order nie opłacał się...

Ludzie zawsze na coś marudzą. Kolejki na prelekcje zapobiegły tabunowi ludzi, którzy zachowywaliby się jak w godzinach szczytu na dworcu przy pociągach jeżdżących do okolicznych miasteczek. Kości są kolorowe, mi trafiła błękitna i jest fajna, chociaż wolę leśną k20. A dzięki pre-orderowi należę do Lisiej Straży. :3



I tu zaczyna się temat fantów. Pierwszym zakupem były cztery tomu Pana Lodowego Ogrodu, których zdobyć nigdzie nie mogliśmy. Równie cudne, a dla Marcina zapewne cudniejsze, jest zdobycie Zgrozy w Dunwich i innych przerażających opowieści, równie ciężkiej w znalezieniu. Do kompletu fana Lovecrafta doszedł worek na kości (bo stary się rozwalił) oraz czapka z mackami, która gwarantowała Callthulu uwielbienie sporej częście konwentu, a także profesjonalną sesję na "mrocznym tle". :-) Jako fani Lisich Spraw cieszymy się z małych przypinek (PoLISia oraz ojojane miejsca). Ja, jako miłośniczka kiczowatego "kawaii" oraz sukkubów, mam różki... z różami! :3 Ponadto kupiliśmy przypinki z Pyrkonu dla przyjaciół - oraz dla siebie i... jedzenie. Spędzaliśmy na terenie Targów niemal całe dnie, zatem żywiliśmy się też tam. Przy pierwszym zakupie pocky sto lat temu zachowałam pudełko i stało się to moją tradycją, także od jagodowych mochi oraz pocky o smaku zielonej herbaty (zasmakowało Marcinowi!) także zatrzymałam. 














W tym roku staliśmy przed wyborem: OldTown czy Woodstock. Teraz nie żałuję podjętej decyzji o zepchnięciu Wooda na drugi plan. Oczywiście, jeżeli się uda, chętnie skoczymy, jednak urlop będzie istotniejszy na OldTown.
No i przynajmniej wiem, że duże ilości alkoholu mnie męczą. :-)



No i w przyszłym tygodniu pojawią się zdjęcia moich wszystkich kreacji Pyrkonowych przy okazji wpisu nawiązującego do fanpejdża, który powstał, abym mogła chwalić się (czy żalić?) moimi craftami oraz innymi duperelkami. Zapraszam na Martodzieło
Share:

piątek, 1 kwietnia 2016

19. Wycieczka po Lodowym Pałacu - pozwiedzajmy depresję.

Znowu jest późno.
Od dłuższego czasu nie mogę zasypiać. Leżę w łóżku i przez kilka godzin… leżę. Ostatnio nawet nie przeszkadza mi pochrapywanie Krasnoluda, jeżeli śpi obok (a w zasadzie, to przestał pochrapywać). Czasem mam pretekst, bo coś jeszcze napiszę, przeczytam, poczekam. Ale potem i tak przynajmniej dwie godziny zmieniam pozycję, bo może jakaś będzie tak wygodna, że zasnę.
Ale nie o tym.
To tylko wstęp.
Dzisiaj, aby uniknąć przewracania się i zakrywania całej siebie kołdrą (bo Krasnolud jest u siebie), przeglądam internety.
Trafiłam na jakiś wyjątkowo durny kanał na YT. Zabłądziłam. Tak zdecydowanie mocno, chociaż zaczęło się od przeglądania Ponky. Przez Gimpera (którego szczerze nie znoszę), do… sióstr Fitdevangel.
Czegoś tak durnego, jak ich filmy nie widziałam od dawna. I nie wiem, która jest głupsza.
Ale filmik o depresji.
Nie skończyłam go, bo narosła we mnie ogromna ilość bullshitu. Ten filmik obejrzało ponad 57 000 osób!
I jak przeżyłam jakże piękne przedstawienie osoby chorej, jako blond-aniołka tandety, który marudzi i ogląda siedem filmów pod rząd, tak…
„Nie pójdziesz do żadnego lekarza po leki!”. Dlaczego? Bo faszerujesz się chemią. Bo zasilasz koncerny. A przy okazji, możesz doprowadzić się do stanu, w którym będzie zbyt późno na leki, ale to mniej ważne, bo przynajmniej zabijesz się nie mając w sobie toksyn leków. :-)

Faktem jest, że depresję można leczyć nie biorąc leków. Jednak jest to trudne i w przypadku zaawansowanego stanu choroby – nierealne.
Ale zacznijmy od najważniejszego: depresja to nie chwilowy smutek. Mówi się, że znaczna część społeczeństwa cierpi na tę chorobę. Pewnie jest to prawda, jednak to sprzyja temu, aby połowa (ponad?) internautów stwierdziła ją u siebie.
Zawsze podawałam pewien przykład.
Wyobraź sobie, że jesteś tak cholernie głodny. Zjadłbyś cokolwiek, nawet to, czego nienawidzisz, na przykład kiszoną kapustę. Cokolwiek. A przed sobą masz swoją ulubioną pizzę. Wystarczy wyciągnąć rękę.
Ale nie masz na to siły. Nie możesz zmotywować się, aby wykonać prosty ruch – zakładając, że masz sprawną rękę.
Taka jest depresja. Czasem, przez godzinę zbierasz się do tego, aby zawołać kogoś, kto mógłby przewrócić Cię na drugi bok, bo sam tego nie zrobisz.

Kiedy terapeuci pytali mnie o kolor, którym opisałabym, co czuję, mówiłam o zimnych, błękitnych kolorach lodu. O pałacu z lodu. Z zimnych kryształów, które poetom wydają się piękne, ale gdy stanowią Twój dom… ciągle się o nie kaleczysz i są zimne. W dodatku za oknem nic nie ma, kompletna pustka. Lodowy pałac musi stać na odludziu, a słychać w nim tylko śnieżną wichurę. I Twoje kroki.

Ale, u mądrej youtuberki dowiadujemy się, iż depresję powoduje brak celów i marzeń.
Nie. Depresja zabija Twoje cele i marzenia. Zapominasz o nich. Nie osiągniesz ich nigdy, ale wiszą nad Tobą jako kolejna porażka. Nie będziesz próbować, bo… bo nie dasz rady.
Albo nękanie w szkole, odejście kogoś bliskiego, złamane serce (chłopak z 3A nie zwraca na mnie uwagi, a tydzień temu powiedział mi cześć – mam depresję!).
Tak naprawdę, depresja nie musi mieć podłoża w tym, co się dzieje lub działo. Oczywiście, może, ale… nie musi. Może przyjść tak samo, jak grypa. Albo raczej złamana noga, bo grypę łapiesz od kogoś, a noga łamie się przypadkiem. Tak, o.

„Wybór należy do ciebie” to bardzo pozytywny slogan. Pewnie. Ludzie bulwersują się, gdy mówię, że tak jak chory na raka nie wyzdrowieje, gdy sobie zapragnie, tak samo osoba chora psychicznie nie jest w stanie tego zrobić. Depresja jest chorobą, a nie fanaberią.
Leczenie jest potrzebne.

A jest okropne.
Psychiatrzy zapewniają, że od tych leków nie przytyjesz, że nie mają negatywnych wpływów. Brałam bardzo wiele różnych tabletek. I wszystkie mnie otumaniały. Objawy schizofrenii czy depresji były mniejsze lub większe, ale tak samo było, gdy odstawiałam sobie leczenie. Otumaniona byłam ciągle.
Uwielbiałam zawsze pisać i malować, tworzyć. Przestałam, bo głupie wyobrażenie sobie opisu ulicy w książce Murakamiego przerastało moje możliwości. A co dopiero coś, co sama miałabym stworzyć. Czytanie w ogóle było nierealne.
Najlepiej siedziało mi się w zasyfionym pokoju. Gdy robiło się ciemno, musiałam zacząć zbierać siły, aby za godzinę lub dłużej wstać i zapalić światło. Chociaż: po co?
Kiedy zaczęłam chorować ważyłam cudne 53kg. Byłam wtedy wychudzona, moje leczenie zaczęło się między innymi od tego, iż rodzice zauważyli, że drastycznie schudłam.
(tutaj nastąpi terapia dla mnie)
W kwietniu '15 ważono nas na bilansie przedmaturalnym. Pierwsza cyferka, którą widziałam to „8”.

Według aniołka sposobem na terapię jest „wzięcie się w garść” oraz rozpisanie sobie, kim chciałoby się być za kilka lat, uwzględniając ubiór, poruszanie się, samochód.
Kiedy masz depresję, masz nadzieję, że za kilka lat przestaniesz istnieć. Znikniesz.

W zasadzie, blondynka wzbudza w widzu uczucie, że jego depresja (zakładając, że ktoś z depresją ją ogląda) to coś, czego powinien się wstydzić. Bo ludzie mają gorzej.


Skończyłam na 4:02. Może w ostatnich sekundach blondyna zdejmuje maskę i okazuje się, że to Człowiek Warga wszystkich trollował, ale w obawie, iż tak nie jest, nie skończyłam tego filmiku.

Wyjście z depresji jest trudne. Leczenie jest konieczne. Można zrezygnować z farmakologii, ale terapia jest bardzo ważna. I to psychiatra powinien zdecydować, czy możesz zrezygnować z leków.
Ja wiem, że łatwo się mówi, bo sama odstawiałam leki bez konsultacji. Bo nie mogłam wypić ze znajomymi (chyba i tak już nigdy nie będę miała tak mocnej głowy, jak przed leczeniem), bo przestałam tworzyć, bo tyłam, a nie ukrywajmy, dla młodej kobiety jest to duży problem.

Ten blog powstał jako jedna z terapii. Miałam tu pisać co mnie boli i udostępniać moim bliskim. Myślę, że wciąż spełnia swoją rolę, ale korzystając z tego, iż mam coraz więcej wyświetleń, chcę napisać tutaj coś, co może trafi do jednej chociaż chorej osoby. Do osoby, której społeczeństwo mówi w ten sam sposób, co niezbyt mądra youtuberka.

Najważniejsze jest, aby depresję stwierdził lekarz, co pisałam już wyżej. W najgorszej fazie choroby trzeba brać leki. Ważna jest terapia. Ważne jest wsparcie – które często na terapiach grupowych istnieje. Ja miałam cudną grupkę, gdy pierwszy rok uczyłam się w szkole przyszpitalnej (bo drugi był porażką…). Kiedy osoba chora na nowo nauczy się decydować o sobie i nie poddawać się, nie wolno zasypywać jej pomysłami, a także lekko studzić jej zapał na milion zajęć.
Krok po kroku.

Leczenie farmakologiczne jest jak nauka chodzenia. Leki są ręką, która trzyma Cię i łagodzi upadki przy pierwszych krokach. Ale prędzej czy później zaczynasz iść sam. Będziesz upadał jeszcze wiele razy, ale, kiedy uznasz, że dalej dasz radę iść sam… musisz wstawać.

Czy ja wyzdrowiałam? Nie wiem. Może kiedyś mi znowu wrócą te najgorsze stany. Ale póki co jest dobrze. Jest normalnie, mam problemy, z którymi boryka się wiele innych 21-latek. Kiedy zauważę jakieś niepokojące objawy – udam się na terapię. Szybka reakcja pomoże uniknąć leków, których nie wspominam dobrze, chociaż wiem, że bez nich nie przeszłabym tej choroby.


A nawiązując, mogę się pochwalić: 
Zdjęcia z chwili obecnej zbytnio nie mam. Jedynie na moim fejsbuczku chyba jakieś aktualne. Wyglądałam jak ogr, tak. W świąteczną sobotę waga pokazała mi 55kg, Krasnoludmi świadkiem. Wzrost mam wciąż taki sam, waga prawidłowa. Wróciłam do niej bez żadnej diety. 
Mówi się, że leki schodzą. 
Schodzą. 
albo mam tasiemca... 




Share:

poniedziałek, 21 marca 2016

18. Test larpa "Red Earth", autorstwa Eweliny Glapiak

Od kiedy pamiętam Tata mówił mi, abym "znalazła sobie komputerowca". Stało się tak, że mam larpowca, który daje mi (oczywiście poza miłością, spełnieniem, szczęściem, etc.) możliwości, abym... sama stała się komputerowcem.
W sumie, prawie komputerowcem. Stażystką w firmie programującej apki na telefony. Nauczyłam się robić kawę. :---) 

Zupełnie spontanicznie udaliśmy się z Krasnoludem na testy larpa, którego przygotowała stara znajoma, o której tutaj już wspominałam w... no nie ukrywajmy, dość nieprzyjemnej sytuacji, bo przy pewnym liście otwartym, też o larpie traktującym. 

Jak generalnie chamberlarpy wspominam jako nieudolne próby ludzi, których większość miała soczyście wyjebane, tak tutaj... byłam bardzo miło zaskoczona. Dodam, że nie było elfów do bicia, a nawet w ogóle nie było bicia! 

Za to było dwugodzinne zderzenie z... rzeczywistością, jednak dużo silniej. Mimo niedzieli zrobił się piątek, godzina 16, kiedy to okazało się, iż gracze, ekipa pracowników Native World, zostają w pracy dłużej, ponieważ projekt, który miał być na poniedziałek, musi być szybciej, najlepiej na wczoraj
I co może się dziać? 
Cóż, wiele rzeczy. 
Na potrzeby larpa powstała grupa, gdzie każdy z graczy miał się udzielać jako odgrywana postać (miały być konta na larpowe nazwiska, ale fejsbuk usunął, bo fejkowe). Bo przecież na FB łatwiej wygarnąć komuś, że jest idiotą, bo ma inne poglądy polityczne, prawda? Jednak, gdy oboje spotkacie się na palarni, jesteście dla siebie milutcy.  Natomiast osoba, która nie udziela się w internecie jest podejrzana i mroczna! 
W dodatku w firmie pracuje Arab. 


Mieszanka wybuchowa, przynajmniej nam na larpie taka wyszła, jednak pieczę nad tym sprawowała Ewelina. 
Nie chcę, jak i nie powinnam zbyt wiele zdradzać na temat fabuły, także... 

Mocne 9.5/10, bo brakowało mi jedynie profeszynalnych wizytówek każdego pracownika oraz chociażby jednego fajnie zrobionego graficznego logo, które wisiałoby w korytarzu (był napis markerem). Niestety bolał także krótki czas, ponieważ akcja rozwijała się trochę zbyt szybko, nie mieliśmy czasu na normalne hejtowanie się przez FB.  A poza tym, może to i dobrze, bo wyszło naturalnie i normalny dzień przerwała nam nagła, dramatyczna akcja. 
W ocenie brakuje tego 0.5, ponieważ oceniam to jako larpa-larpa, a nie testy larpa. Gdyby było coś między 9.5 oraz 10, dałabym to, jednak nie chcę rozdrabniać się aż tak.

Jednak, jeżeli oficjalna wersja tegoż larpa wyjdzie w podobny sposób, chociaż zależy, co autorka doda lub wyrzuci, myślę, że mogłaby walczyć o jakąś nagrodę na Złotych Maskach, czy czymś podobnym.
Jestem fanką fantastyki, a larpy są moim grailem czynności życiowych (wtf), bo mogę być magiem, kapłanką, alchemikiem, mogę nakurwiać smoki i bić elfy.
A tutaj miałam rzeczywistość.
Rzeczywistość, która, jak się okazuje, jest równie porywająca i... Ewelina opowiadała, że założeniem larpa będzie dostrzeżenie - bądź i nie - tego, co nas otacza. Tej rzeczywistości. Z naciskiem na to, w jakim świecie żyjemy, wirtualnym, czy fizycznym. Padło pytanie "który z nich jest prawdziwy i gdzie jest więcej prawdy".
Mam wrażenie, że więcej prawdy, w którą chcę wierzyć jest w legendach ze Śródziemia, nie w codziennym życiu i życiu na portalach społecznościowych.
I nie wiem, czy to dobrze świadczy o naszym społeczeństwie.


Jeżeli larp kiedyś się odbędzie, zostanie skończony, pokazany komuś więcej, niż znajomym - myślę, że nikt nie skończy gry niezadowolony. Fabuła, lub raczej jej zarys, daje dużo do myślenia. Ja sama od kiedy wyszłam z budynku firmy Native World, wciąż przeżywam i trawię to, co się tam wydarzyło.
Jedyne, co powinno być poprawione, to stres MG. Bo aż tak wielki, nie był potrzebny.  :---)

Jednocześnie, otworzyły mi się oczy na poza-fantastyczne zabawy. Jak może sesje RPG polegające na zadowoleniu poszczególnych partnerów seksualnych (kulnij na seksowność majtek!) nadal do mnie nie przemawiają, tak rzeczywistość... cóż, gdy nie ma elfów do bicia, można wyżyć się na kimś o innych poglądach, bez obaw, że będą jakieś konsekwencje - gra się skończy.







Share: