środa, 19 października 2016

34. J. Grzędowicz „Popiół i kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy"




Od jakiegoś czasu w środowisku fanów polskiej fantastyki toczy się bój. Walka o to, czy Jarosław Grzędowicz prześcignął już okrzykniętego królem Andrzeja Sapkowskiego. Osobiście od dyskusji na ten temat uciekam, nie potrafiłabym zdecydować, którego z autorów cenię bardziej. Wszak stworzone na potrzeby sagi o wiedźminie uniwersum jest moim ukochanym, jednak to, co gwarantuje Grzędowicz w każdej swej książce zdobywa moje serce i trafia w poczucie estetyki, powodując swego rodzaju orgazm czytelniczy.

Nic zatem dziwnego, że musiałam sięgnąć po „Popiół i Kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy”, która to zagwarantowała autorowi drugą w dorobku Nagrodę im. Zajdla.

Z nazwiskiem Grzędowicz bardzo szybko kojarzy się Midgaard i Vuko. Fińskie przekleństwa i Hieronim Bosch. Nie bez powodu, nie ma co ukrywać, że jest to jedna z lepszych pozycji w polskiej fantastyce. Ale jest też inny Grzędowicz. Jest Grzędowicz, który tworzy bohaterów nie będących wyszkolonymi superbohaterami; bohaterów, których mijam każdego dnia idąc na uczelnię (patrz: narrator „Opowieści terapeuty” lub Irena z „Czarnych motyli”).

Prawdopodobnie wstyd przyznać, ale Jarosława Grzędowicza poznałam trochę ponad rok temu, kiedy to przyjaciel podrzucił mi pierwszy tom „Pana Lodowego Ogrodu”. Historia, którą zostałam poczęstowana, spodobała mi się do tego stopnia, że szybko zainwestowałam w „Księgę Jesiennych Demonów”, a potem w „Popiół i Kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy”. W pierwszej wspomnianej książce zawarte jest opowiadanie, które skradło moje serce, „Wiedźma i Wilk”. Natomiast w „Popiele i Kurzu” poznaję kuzynkę tytułowej wiedźmy i… i jeszcze raz przeżywam zachwyt nad opisaną przez Grzędowicza historią rodziny czarownic.

Jednak to nie Patrycja jest główną bohaterką książki. Główną postacią i narratorem jest schizofrenik, wykładowca akademicki i specjalista od etnologii. Zwykły szary człowiek, osoba bezimienna.

Ale nie tylko. Główny bohater potrafi poruszać się pomiędzy światem żywych i światem Pomiędzy, gdzie trafiają zagubione dusze. A duszom tym trzeba pokazać, gdzie mają iść dalej. Tym właśnie zajmuje się profesor. Sam zwykł nazywać siebie Charonem i żądać obola za „przewiezienie”. Obolem może być wszystko, co było bliskie zmarłemu, mogą być to także pieniądze. W ten sposób, główny bohater zdobywa wiele rupieci, które w świecie Pomiędzy nadal przeżywają lata swojej świetności i są zdatne do użytku.

Życie głównego bohatera toczy się między wejściami do świata Pomiędzy (chociaż pamięta, aby nie robić tego zbyt często, gdyż to niebezpieczne dla zdrowia psychicznego), a prowadzeniem zajęć na uczelni. Już dawno zrezygnował ze znalezienia kobiety i ustatkowania się. Pozornie jest przeciętnym Kowalskim i rodzinnym wyrzutkiem.

Za rozrywkę służy mu towarzystwo zaprzyjaźnionego duchownego, Michała. Panowie prowadzą ożywione dyskusje na temat wiary i teorii spiskowych dotyczących kościoła, grywają w szachy. Życie głównego bohatera, mimo jego zdolności, jest ustatkowane i spokojne.

Do czasu, gdy Michał umiera. Oficjalnie zmarł z przyczyn naturalnych, jednak narratorowi nie pozwala tak myśleć paczka, którą zostawił mu przyjaciel i wbrew swojemu postanowieniu o zakończeniu przygody w krainie Pomiędzy, próbuje rozwikłać zagadkę.


Grzędowicz mistrzowsko stworzył krainę, która hipnotyzuje w niepokojący sposób. Klimat ciszy przed burzą jest fantastycznie dopasowany do fabuły książki, która powoli przeradza się w kryminał, jakiego nie powstydziłby się Dan Brown. Mrocznego nastroju dodaje znikoma ilość dialogów, które jeżeli już się pojawiają, są niezwykle interesujące. Ponadto, autor częstuje nas sporą ilością rozterek egzystencjalnych i rozmyślań na tematy filozoficzne. Kolejną wartą zaznaczenia rzeczą, są stworzone przez Grzędowicza stworzenia zamieszkujące krainę Pomiędzy. Ich różnorodność porusza wyobraźnię na wiele dni po zakończeniu lektury.

Bardzo rzadko zdarza mi się podkreślać fragmenty w książkach, jednak u Grzędowicza robię to bez wahania. Opisy, które zachwycają i sprawiają, że książkę trawiłam tygodniami, lub nawet – jak w przypadku tej – miesiącami. Właśnie dzięki takim książkom wierzę, że sztuka słowa pisanego, to najpotężniejsza dziedzina magii. Ku potwierdzeniu mojej teorii, poniżej zamieszczam jeden z najpiękniejszych opisów seksu w historii literatury. :-)

Zderzyliśmy się zębami, gwałtownie i boleśnie, wpadając na siebie jak pociągi jadące po tym samym torze z punktu A do punktu B i z punktu B do punktu A. Przez punkt G. 
Jarosław Grzędowicz „Popiół i kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy"

Jest to bardzo dojrzała powieść. Myślę, że do młodszych czytelników, którzy nade wszystko cenią cwanych herosów, takich jak Vuko, może nie trafić. Do tej historii trzeba zwyczajnie dorosnąć. Mnie opowieść serwowana przez Grzędowicza w tej pozycji, wciągnęła po same buty, czego cykl Pana Lodowego Ogrodu nie zrobił - a przynajmniej nie w tak dużym stopniu.

Czy jest coś, co przemawia przeciwko niej? Myślę, że nie. Jest to książka, którą czyta się z zapartym tchem i nie przeskakuje wzrokiem co kilka linijek tekstu. Jest to książka, której zwyczajnie, nie można pominąć w kolejce tych do przeczytania. Pozycja obowiązkowa.





Share:

niedziela, 25 września 2016

33. Pilkon 2016



Bieda konwent.
Tak go sobie nazywaliśmy, kiedy postanowiliśmy jechać. I od razu zaznaczę, "bieda" nie miało na celu być obraźliwe, ale... jesteśmy w końcu lożą szyderców! Poza tym, niestety nasz plan wyjazdu na Copernicon legł w gruzach, a patrzmy realnie, gdzie porównywać Copernicon i Pilkon. Dwa światy.
Ale ofc, taki kameralny klimacik też bywa przyjemny.

O tym, że jedziemy na Pilkon postanowiliśmy chyba w nocy z 6-ego na 7-ego. Na trzy dni przed konwentem. Mądrala-Mart uznała, że... ZROBI KOSZPLEJ.
Nie zrobiła, mimo, że mogła.

Postanowiłam zrobić Shani, aby wejść na ścieżkę zrobienia wszystkich postaci kobiecych z "Wiedźmina" (oczywiście bez Triss, bo pogardzam rudą zołzą). Zdobyliśmy materiały, generalnie, ze spokojem. Marcin pięknie mi pomógł, gdy moje opuszki straciły czucie przy wszywaniu ręcznym bufek z rękawów i wszył je sam. Lepszego Krasnoluda nigdzie nie znajdziecie!
Pierwszy zgrzyt pojawił się w czwartek. Peruka.
Mieliśmy kupić, jednak okazało się, że - większości pewnie znana - osóbka, prowadząca Wigu Wigu Wiguu wyjechała na urlop, cóż, każdemu się należy. Znaleźliśmy szybko na facebookowej grupie perukowej sprzedaży kilka wigów, które by pasowały. Dogadaliśmy się z jedną laską. Znaleźliśmy kuriera, który przewiózłby nam z Wrocławia do Poznania perukę w mniej niż 24 godziny (za 29 złotych!). Jednak tutaj kolejny zgrzyt: dziewczyna była spod Wrocławia, nie mogła tego dnia podskoczyć ze swojej miejscowości.
Co robić?
Ostatecznie uznaliśmy, że można jedną z moich starych peruk, której i tak nie noszę, podciąć - dość mocno! - i pofarbować. Z tym walczyliśmy prawie cały dzień. Najpierw kupiliśmy spreje do koloryzacji, spisałyby się najlepiej, gdyby nie to, że dwie puszki kosztowały 9,99, a starczyły na połowę czubka głowy... I były zbyt czerwone, a za mało rude.
Potem uznaliśmy, że zrobimy "na szybko" farbowanie akrylem, jednak "na szybko" sprawiło, że cały kolor zszedł, a peruka wróciła do wyjściowego koloru niebieskiego. Ostatecznie wieczorem farbowałam perukę henną, przekonana, że nic z tego nie będzie.
Ale udało się!
Wyszedł ciemny brąz, jednak ten brąz jest i tak dużo bardziej zbliżony do rudego, niż niebieski, zatem praca trwała.
Następnego dnia została do zrobienia jedynie spódniczka. Łatwizna. Bułka z masłem.
Bieda, nasze kilkumiesięczne kocie, rozchorowało się. Zatem opiekowałam się cierpiącym kociaczkiem prawie cały dzień.Wieczorem mogłabym jeszcze skończyć.
I próbowałam.

Ale błogosławię chwilę, w której uznałam, że szkoda mi zmarnować dobry materiał. Zrezygnowałam, wybrałam jakieś stare szmaty, które przeszywałam już tyle razy, że chyba nigdy więcej nosić ich nie będę, bo są mocno zmęczone ciągłym molestowaniem maszyną i ingerencjami w ich stan.
Wzięłam ze sobą także Dorcas.
Przez przypadek wyszedł mi cosplay.
Rozen Maiden, które nie doczekało się jednak planowanej kontynuacji, czy może była ona jedynie mangą fanfiction (ej no nie znam się), streszczając szybko: miały pojawić się lalki od innego lalkarza, z innym człowiekiem, niż ten normix od Shinku. Jego lalki i lalki drugiego człowieka - flegmatycznej arystokratki Angielki - miały ze sobą walczyć. Nowe postacie nigdy nie zostały pokolorowane, więc miałam kompletną dowolność w tej kwestii. A MIAŁAM LALKĘ!
Marcin standardowo udał się w swojej wyjściowej szacie czarnego maga (powoli zaczynam doceniać fakt, że nie chodzi w niej do pracy, bo teraz, kiedy biedoczek mi choruje, używa jej jako płaszcza, gdy idziemy na papierosa lub jako szlafroka...)
Jeden znajomy także biegał w stroju nekrofila nekromanty, a drugi niestety nie dał się przekonać na strój Rycerza Jedi.

Gotowi do odjazdu, tuptaliśmy wraz ze znajomym na dworzec główny. Głodni i zaspani. A jednocześnie uśmiechnięci, co rzadko się zdarza, zwłaszcza u dwóch marud, które nam towarzyszyły <3




W Pile przywitała nas przyjemna, chłodna pogoda. Niestety, uległa zmianie w trakcie dnia, a wraz z Marcinem gotowaliśmy się w dość grubych strojach. Gorset grzeje jak sam szatan, to wiadomo, a spódnica z pięcioma warstwami tiulu i jedną podszewką także to potrafi, zwłaszcza, gdy jest na stelażu (btw. niech nigdy nikomu nie przyjdzie do głowy jechać PKP w takiej spódnicy. Pociągi są do tego nieprzystosowane...). Obawiam się, że mój piękny makijaż nie przetrwał ani minuty na terenie konwentu, dlatego non stop chodziłam rozmazana. Ale i tak było fajnie.

Od razu po wejściu na teren konwentu spaliliśmy kilka papierosów, obserwując podbijanie gyma. Przeszliśmy kilka razy po terenie, obejrzeliśmy figurki - były świetne! Obejrzeliśmy różne rysunki i grafiki Karoliny Kwaśniak, która na FB figuruje jako Karoinna. Tutaj odpalił mi się bóldupizm, potem podłapali go wszyscy. Osoby, które wybierały prace na wystawę boleśnie poszły na "ilość", a nie "jakość". Chociaż o jakości też ciężko mówić, aby nie sprawić przykrości autorce (która pewnie i tak nigdy nie dotrze na tego bloga, więc w sumie mogłabym, ale nie chcę być niemiła!). Poza pracami, które przypominały mi czasy gimnazjum i rozwieszania twórczości uczniów po całej szkole, były prace, które wyglądały, jakby stworzyło je dziecię ze szkoły podstawowej. Dodatkowo, do wystawy Karoliny dołączono zdjęcia jej cosplayów. Tutaj mogę pogratulować postępu, jaki uczyniła, chociaż prace graficzne i rysunki nadal mnie bolą. Taką wystawą mogłaby szczycić się świeżo upieczona uczennica gimnazjum, nie kobieta, która ponoć studiuje...
Ale to pewnie moje zboczenie zawodowe...
Poza wystawą Karoliny, mieliśmy przyjemność obejrzeć także obrazy Dawida Czerwińskiego. I tutaj było ładnie. Dwie prace zachwyciły mnie do tego stopnia, że miałam ochotę zrobić im zdjęcie (ale było mi głupio).

Na Pilkon przyjechaliśmy, aby się rozerwać, zatem od razu (no, po kilku papierosach) udaliśmy się do gier.
Od razu wybraliśmy coś, co zajęło nam znaczną część dnia. "Loża Szyderców". Osobiście, chętnie zagrałabym także w "Tak, Mroczny Władco", chociaż tę gierkę akurat mamy w mieszkaniu (ALE JEST BEZBŁĘDNA!). Graliśmy dużo i umieraliśmy ze śmiechu. Odkryliśmy w sobie zwyrodnialców.

Na koniec, pokaz cosplay i sami cosplayerzy. Tutaj była ogromna skucha, bo jak do konkursu cosplay mogą zgłosić się osoby, które mają cosplay kupny?! To się mija z celem... No ale kto jak lubi.

Przyznam, że Drow Rangera Karoliny Kwaśniak, nie poznał nikt z nas, jeden znajomy rzucił, że to jakaś śmieszna Ashe. Dla niepoznaki, powiedzieliśmy, Karolinie, że Daenerys wyszła jej cudownie.
Co do cosplayu - także wyżej wspomnianego - Dawida Czerwińskiego, byliśmy zachwyceni i do czasu pojawienia się trzech innych osób,  wielbiliśmy go, niczym boga. Zwłaszcza, gdy spytałam, co robił sam, a co kupił gotowe. Dawid był tym fajnym, starym Jokerem Jonem Snowem.
Dzieciofile. Pani Dzieciofil i Pan Dzieciofil. Niekwestionowani mistrzowie w rękodziele ze starych lalek. Kocham ich oboje i jeszcze bardziej przekonali mnie, że "tak, chcę w końcu na OldTown!". Chyba jedyni, którzy byli stosunkowo otwarci na rozmowę... Chociaż Enchantress Grzybek z Mario także była milutka i otwarta na śmieszki. Jej Mario i Luigi trochę mniej, ale dowiedzieliśmy się, że Sujsajd Skłat to nie jest niemieckie porno w lochach.
Jednak, ostatecznym wygrywem, w moim mniemaniu, był rycerz z Gondoru Gimli. Albo Pani Sławek.

Ostatecznie, po zobaczeniu pokazu cosplay, stwierdziliśmy, że czas do domu. Poza tym, że w pociągu śmierdziało rybą, to całkiem znośna podróż, mimo że jechałam w kamizelce od szaty maga (która jest luźna dla Marcina, co dopiero dla mnie!) zarzuconej na spódnicę. Nie wytrzymałam temperatury i na dworcu pozbyłam się peruki, koszuli i gorsetu. Całą podróż graliśmy w "Karty Dżentelmenów" powodując mieszane uczucia u współpodróżnych. :-)


W ogólnym rozrachunku... Może być. Przygotowanie takiego konwentu na pewno nie jest łatwe. Jednak trochę żałuję, że pojechaliśmy, bo ubodło to nasz budżet, a nie było aż tak warto. Wydaliśmy prawie stówę na bilety, a hamburgery w Pile są drogie, jak Volksy (heee, nikt nie rozumie porównania!). No i cały smak konwentu popsuł ten nieszczęsny cosplay. Gdyby jeszcze za kupnymi strojami, przemawiały fajne występy postaci, to byłoby zacnie, ale niestety tylko jedna dziewczyna zrobiła coś więcej, niż martwe stanięcie na scenie (Lucy Nebraska była cudna, ale uniwersum Gwiezdnych Wojen raczej nie jest mi znane, a ponoć jej postać była jakaś niszowa, czy coś). Sama też drżę na myśl, że gdzieś musiałabym wymyślić choreografię, czy coś do pokazu cosplay, ale... ale ja przynajmniej kupuję tylko materiały, nie gotowce...
I przyznam całkiem szczerze... trochę się nudziłam. Oczywiście, mogliśmy iść na jakieś prelki, ale z rozpiski - nic nie wywołało naszego zainteresowania.

Jeżeli za rok Pilkon znowu się odbędzie, wpadnę ponownie, chociażby, aby zobaczyć, co zostało poprawione i ile dobra można wymyślić przez tyle dni. A jestem pewna, że można.
Shani natomiast ma być gotowa na PGA. Zobaczymy, bo ostatnio jestem utopiona w obowiązkach (dlatego też ten post pojawia się tak późno).



A z innych kwestii: zniknęła podstrona z craftem, a podstrona z lalkami będzie martwa. Craft usunęłam, ponieważ do tego buduje się kolejna podstrona. Tak! Ta, gdzie po najechaniu kursorem, rozwija się lista kolejnych trzech podstron, będzie przeznaczona na craft. Prawdopodobnie będą trzy kategorie: rysunek i malarstwo, cosplay/stroje, i różności z Martodzieła. Lalki natomiast... uh, Dorcas starzeje się. Jest już liźnięta czasem, słyszałam, że czteroletnia żywiczka ma prawo, a nawet obowiązek delikatnie pożółknąć, ale... to tak, jakbym zobaczyła pierwszą zmarszczkę na swojej twarzy. Poza tym, kiedy A.Z.S.K. zrobiła jej krzywdę "makijażem", wciąż walczę, aby coś z tą piękną buźką zrobić. Niestety, cierpi na tym także Ismael...



A to zdjęcie generalnie wielbię: znajdź na nim Mart!

Z Jonem Snowem :')

Zrobiłam Pani Dzieciofil hover handa <3 

Kocham swoją buzię na tym zdjęciu =^.^=

no czego chcieć więcej, niż podpisu nad głowami? 

no, a tutaj dodaję zdjęcie z góry, ale tym razem nie wycinając nekrofila ;-)

Z powyższych zdjęć, tylko selfiak jest mój. Resztę znalazłam udostępnioną na wydarzeniu Pilkonu.
Share:

wtorek, 23 sierpnia 2016

32. Smutki

Na tego bloga miesięcznie wchodzi ponad 1000 osób. Pewnie to niezbyt wiele, chociaż dla mnie to już sukces. Dostałam kilka komentarzy. Poznaję zdanie mojej czytelniczki. Jedna osoba napisała także do mnie na fb, a dwie na maila.

Wiem także, że mój Krasnolud tutaj bywa. poniektórzy znajomi...

Blog powstał dla najbliższych. Abym mogła komunikować swoje problemy, otwarcie opowiadać o nich.
A jednak, już dawno z tytułu bloga zniknęło słowo "blogoterapia".

Bo przecież nie potrzebuję terapii. Jestem zdrowa.
Momentami zbierze się ból i uleci w postaci histerii. Ale ból towarzyszy wszystkim. Zdrowym i chorym. Moim problemem, jest to, że stare demony nie zostały zamordowane. Mam taki zwyczaj, że niczego nie wyrzucam - przyda się. Jak to mówi mój Krasnolud: "najtrudniej jest zabić w sobie chomika". Dlatego demony też zostały.

Moim najgorszym demonem jest zakorzenione gdzieś głęboko przeświadczenie, że udaję. Że jestem rozdwojona.
Bo przecież jestem Mart, która ma najukochańszą rodzinę: Dziadków, Rodziców, nawet Brata. Mart, która jest zaręczona z cudownym facetem. I jeszcze kociaki. Żyć, nie umierać! Razem ze swoimi bliskimi może dokonywać cudów, albo chociaż góry przestawiać.
Ale...
Jest też Mart, która jest pewna, że wyrządziła tyle szkód, że jej rodzina nie istnieje w sferze relacji z nią. Ją samą nie spotka nigdy nic dobrego. Była zła dla tych, którzy ją kochali. Nie zasługuje na jakiekolwiek uczucie inne, niż pogarda. Może któraś z prób "s" udała się i teraz cierpi w jakimś czyśćcu? 
Ta druga Mart, dość abstrakcyjna, na szczęście, najczęściej jest uśpiona.

Jest jednak coś, co paraliżuje pierwszą Mart, a drugą jednocześnie budzi.
Strach, że choroba wraca. Wtedy od razu do głosu dochodzi druga, która jest pewna, że nigdy nie była chora. Że oszukiwała, pozowała. I... I nadal pozuje. Żeby uniknąć obowiązków, lub odpowiedzialności.

Pogodzić te dwie jest trudno, boję się, że niemożliwie. Boję się, bo nie wiem, jak poradzić sobie z potrzebą poczucia akceptacji i aprobaty. Boję się, bo nie wiem, która Mart to prawdziwa ja.
Boję się, bo myślę, tak zupełnie szczerze, jak szczere jest każde słowo wypowiedziane w nocy, że to ta druga jest prawdziwa.

Czasem zegar do mnie mówi i boję się światła, a biel jest pojęciem względnym.

Chciałabym, żeby moi rodzice czasem wchodzili tutaj.
Naprawdę, bardzo

Share:

piątek, 19 sierpnia 2016

31. K. Piskorski "Krawędź Czasu"



Na ogół, jeżdżąc na Woodstock, nie kupuję książek. Ewentualnie zerknę na biografie muzyczne, poostrzę ząbki na coś. W tym roku było inaczej. Kupiliśmy pięć książek. W tym tylko jedną biografię! Szaleństwo.

Obok uzupełnienia (dokończenia?) klasyki grozy poprzez „Przyszła na Sarnath zagłada” Lovecrafta, „Frankensteina” Mary Shelly oraz „Golema” Gustava Meyrinka, nabyliśmy „Krawędź czasu”, którą bystrym wzrokiem wyłowił Krasnolud.

Książkę autora, którego nie znaliśmy. Książkę, która zwróciła uwagę steampunkową okładką. Książkę, którą skwitowałam „no kosztuje mało, możemy wziąć”. Książkę, którą bez najmniejszego problemu określam dzisiaj, jako najlepszą z książek, przeczytanych tego roku. A mamy sierpień, więc to wiele znaczy :-)

Chociaż myślę, że dużą zasługę w moich pozytywnych opiniach ma Ksin, który był beznadziejny i wciąż czekam na wypłacenie mi odszkodowania za szkody moralne po tejże lekturze.


Krzysztof Piskorski każe nam uciekać od pierwszej strony. Wraz z głównym bohaterem biegniemy przez ciemne uliczki i… nie do końca wiemy, o co chodzi. A potem jest już tylko dziwniej. Wszelkie domysły nigdzie nie prowadzą. Momentami miałam wrażenie, że podobnie do bohatera powieści, z mojej piersi wyrywa się szaleńczy wrzask.

Z każdą stroną powieści utwierdzałam się w tym, że to jeden z nielicznych przypadków, kiedy opis na tylnej okładce, nie oddaje ni grama tego, jak wybitna ona jest.

W klimacie epoki pary ciężko jest znaleźć coś, co nie odrzuci tandetą. Dlatego też sceptycznie podchodziłam do tej pozycji. Nic nie odda mi smaku rozczarowania ocenienia książki po okładce!

Autor zaskakuje na każdym kroku. Tworzy powieść ponadprzeciętną. Oczarowuje czytelnika, który w pewnym momencie, przestaje myśleć, o tym, co czyta. Streszczenie fabuły jest tu wyjątkowo trudne, ponieważ bardzo szybko pochłonęłam tę historię. Każdy smaczek całości sprawił, że opisanie niniejszej książki jest graniczące z cudem.

Moim zdaniem, głównie dzięki migawkom obrazów. Opisy działają na wyobraźnię do tego stopnia, że zaniechane przeze mnie malarstwo, powróciło do łask. Każda scena zbudowana jest w bardzo plastyczny sposób. Nigdy, równie wyraźnie nie widziałam doskonałych kadrów w filmie, który tworzyłam sobie w głowie (chociaż niektóry opisy w „Wikingach. Wilczym Dziedzictwie” pana Radosława Lewandowskiego są w podobnym stopniu przyjemne)

Autor zabiera nas na wycieczkę poza czasem. Gdzieś, gdzie zegar nie odmierza chwil, a ludziom żyjącym w owej dziwnej pustce, towarzyszy mdłe światło, będące substytutem słońca. Sielankę trwającą wiecznie, przerywają coraz częstsze ataki złowrogiego mechanizmu, nazywanego mechanem. Mechan dosłownie wchłania ludzi, co widzimy w pierwszym opisie syzyfowej pracy Maksyma oraz Mikołaja, przy próbie walki z nim. Od siebie dodam, że to jeden z bardziej obrazowych opisów w tej książce.

Czytelnik zostaje oczarowany secesyjnymi zawijaskami, miedzianymi trybikami, zaskakującymi zwrotami akcji oraz, niebanalną historią. A zwłaszcza wyobraźnią, którą udało się autorowi okiełznać i ubrać w słowa. Przyjemności czytania dodaje prowadzona początkowo, dwutorowa historia (panie Lewandowski, autorze kotołaka! Można to zrobić dobrze!), w której poznajemy Maksyma oraz Franka Znajdę.

Równie dopracowanej i przemyślanej fabuły, nie czytałam dawno. Prawdopodobnie od czasu Tolkiena lub Sapkowskiego. Piskorski nie stworzył całego świata z historią i religiami, jak dwaj wcześniej wspomniani. Stworzył coś mniejszego, bo jedynie wyrwany kawałek naszej rzeczywistości, jednak pieczołowicie przemyślanej i ustawionej. A poza ciekawą akcją, w „Krawędzi czasu” znajdziemy także filozoficzne rozmyślania na temat podróży w czasie oraz samego czasu.

Mam w zwyczaju zawsze doszukiwać się drugiej strony medalu. Nie wierzę w skrajne przypadki bieli i czerni. Jednak tutaj mogę ze spokojem powiedzieć, że to najlepsza powieść steampunkowa, jaką przeczytałam.




Share:

wtorek, 16 sierpnia 2016

30. I. McDonald „Luna: Nów”





Każdy z nas ma kilka, kilkanaście takich tematów, które łapią za serce. Są nam bliskie. Po prostu lubimy je bardziej, niż inne. Dla mnie, jednym z takich klimatów, jest mafia pierwszej połowy XX wieku. „Ojciec Chrzestny”, „Chłopcy z Ferajny”, „Dawno temu w Ameryce”… Ileż to razy zachwycałam się tymi klasykami. Jednocześnie starając się wychwycić te bardziej niszowe. Bo źli faceci, dla których podstawą jest rodzina, wcale nie są aż tak źli! Co z tego, że mają tak wiele na sumieniu..?

Noszą garnitury, kochają swoje kobiety (chociaż czasem je zmieniają…) i działają na dziewczęce wyobraźnie. Przynajmniej mi, okropną przyjemność sprawiało oglądanie eleganckich garniturów i kapeluszy. Oraz pistoletów rzuconych na kuchennym blacie.

Ma to sobie pewien… romantyzm?

Ale lata 20, czy 50 po jakimś czasie zaczynają się nudzić. I nawet Frank Sinatra lecący w tle, gdy prowadzisz samochód wcielając się w Vito Scalettę nie sprawia tak wielkiej przyjemności.



Czy klimat mafijny można uzyskać kolonizując księżyc?

Skolonizowany księżyc jest przedstawiony, jako miejsce brutalne. Miejsce, na którym niekiedy trzeba walczyć o tlen lub wodę. Jeżeli cię nie stać, oddychaj mniej. Albo kombinuj, negocjuj. Jednak za wszystko musisz kiedyś zapłacić. Jesteś na stale połączony do sieci, jednym z czterech księżycowych żywiołów. Ale jeżeli cię stać, możesz kupić ładną skórkę swojemu awatarowi!

Skolonizowany księżyc jest też miejscem egzotycznym, miejscem, gdzie wyobraźnia szaleje, jak kompas na biegunie. Wydrukowane motyle, które goni kilkuletnie dziecko. Szaleńczy bieg po powierzchni. Ale także egzotyka sprowadzona z Ziemi. Wszystko to łączy się w coś, czego nie uświadczyłam w żadnej innej książce.

Długo mogłabym zachwycać się nad klimatem, jakiemu nadaje powieści Iana McDonalda połączenie niezwykłych charakterów, poszczególnych kultur znanych nam z Ziemi.

Chciałabym jednak skupić się na zwięzłym wyciśnięciu najlepszych – moim zdaniem – smaczków z „Luny: Nów”. A jest ich wiele.


Przeniesienie klimatu rodziny Corleone na księżyc, jest trzonem cudnego smaku, tak specyficznego, że zapamiętam go na bardzo długo. Cierpię jednak, na pewien rodzaj snobizmu, i wszelka inność jest dla mnie bardzo ważna.

A książka Iana McDonalda jest zupełnie inna, niż science fiction, które poznałam. Wydawać by się mogło, że opisy ogromnych korporacji, molochów, którym brakuje człowieczeństwa, na stałe stworzyły pewien rodzaj science fiction. Co więcej, obecnie są wręcz oklepane, lub chociaż schematyczne.

Autor „Luny: Nów” nie odbiega zatem na pierwszy rzut oka od gatunkowego szablonu. Jednak stworzył z niego coś delikatnego, jak wydrukowane motyle (wpłynęły na moją wyobraźnię w wielkim stopniu), a równocześnie coś niezgrabnego jak skafander kosmonauty.

Kolejnym ciekawym, a może nawet najciekawszym, smaczkiem pierwszego tomu cyklu „Luna”, są bohaterowie, głównie członkowie rodziny Corta, których poznajemy najlepiej. Tak zróżnicowanych charakterów występujących obok siebie, można szukać bardzo długo. Mamy do czynienia z barwnymi jednostkami; nie jednym, głównym bohaterem; nie jego najbliższymi. Na księżycu Iana McDonalda większość postaci jest wyrazistsza, niż wielu moich znajomych. Adrianna Corta, która mogłaby być krzyżówką babci Mulan (gdyby ta była poważna) oraz Vita Corleone; kobieta śmiertelnie chora, której zależy na rozwijaniu się rodu. Jej następcą ma być Rafael, nazywany Rafą; facet zarówno pełen życia oraz energii, jak i zmęczony nieszczęściem w życiu prywatnym. Jest milczący i ponury Lucas Corta. Jedyna córka Adrianny, Ariel, bizneswoman, kobieta sukcesu, pewna siebie i ambitna. Wydziedziczony i trzymający się na uboczu, wilk księżycowy (już samo to określenie nadaje mu klimatu!), najmłodszy syn Adrianny, Wagner Corta. Syn Lucasa, młody lekkoduch i księżycowy playboy, można by rzec, bananowy dzieciak. I masa, masa innych, których warto poznać.

Idealnym dopełnieniem tej powieści są opisy. Opisy, które zachwycają. Wydawnictwo MAG niektóre swoje książki opatruje sloganem „Uczta Wyobraźni”. W tym przypadku jest to idealne podsumowanie tego, co gwarantuje narracja Iana. Historia brutalnej polityki i życia społecznego na księżycu, wydaje się subtelna, mimo swej brutalności.

Książka wywołała w mojej głowie wojnę między uczuciami. Tworzy emocjonalny i zmysłowy paradoks. Jest to ponoć charakterystyczne dla Iana McDonalda, o czym z chęcią się przekonam sięgając po kolejny tom „Luny” oraz resztę twórczości tegoż autora, ponieważ nie poznałam go wcześniej.

Oczywiście, nie jest bez wad. Nie jest to lekka pozycja. Śmiem stwierdzić, iż nawet trudna, głównie przez poplątane intrygi wymagające rozmyślań, kto jest kim. Niejednokrotnie musiałam odłożyć lekturę i pomyśleć, co łączy bohaterów, co między nimi było. A przede wszystkim, z której rodziny są. Jednak bez wątpienia, jest to pozycja, którą warto przeczytać, niezależnie od upodobań literackich.
Share:

czwartek, 11 sierpnia 2016

29. Jestem włóczęgą

Bycie włóczęgą jest trudne. Moja ukochana Nimue* jest włóczęgą, ale muszę ją dopracować. Moja druga ukochana, Mery Tramp* - jest włóczęgą (ale ma też romans z Rektorem!). Mery, nie dość, że jest włóczęgą, to jeszcze jest menelem. Od kiedy wplatała się w bluźniercze sprawy i straciła nieodwracalnie 5 Punktów Poczytalności niby ma własny kąt.
Ale jest włóczęgą.

To zabawne.
Włóczęgą w miejscu. Podróż, która nie ma celu. Ucieczka przed nieuleczalnym bólem istnienia. Ucieczka w kierunku ludzi. Poszukiwanie czegoś, czego nie mogę określić.
Ludzie na drodze nie mają nawet wskazówek. Zatem wciąż potrzebuję nowych ludzi, zabijając jednocześnie moją najukochańszą samotność. Ale ci kolejni i jeszcze następni ludzie, nadal nie mają tego, czego potrzebuję i muszę od nich odchodzić. Iść dalej. Do kolejnych. Którzy też tego nie mają.

Może to nie istnieje?
Chociaż ja czuję, że gdzieś jest...

Kiedyś myślałam, że miłość jest tym czymś. Ale nie, przecież mam miłości pod dostatkiem.
Po prostu muszę iść. Muszę być nomadem.

Nadzieja na znalezienie tego, jest tak wielka, że zgubiłam się między biegunem TO LUBIĘ, a TEGO NIE LUBIĘ.
I teraz różnymi drogami włóczę się między jednym, a drugim i nie wiem, który jest którym.

Włóczęgostwo.
Lubię go i nie lubię. Tak samo ludzie - ich kocham i nienawidzę. Jestem pogubiona jest mi źle. Jestem w wielkim lesie i nie na tu nikogo. Chcę do ludzi, ale też nie chcę ich w ogóle.
Pogubiłam siebie i czekam, aż wrócę na właściwe miejsce.

Dlatego muszę być włóczęgą dalej. I nadal siebie nierozumieć. I tak naprawdę,to nic nie rozumieć, ale udawać, że rozumiem wszystko.

Włóczędzy mają mądrość życiową. Ja też mam.
W końcu jestem włóczęgą.

_____________
* Nimue to moja postać z narracyjnego erpega oraz kilku larpów, a Mery Tramp to moja postać z "Zewu Cthulhu"

Share:

środa, 10 sierpnia 2016

28. Gorzka herbata z gniewu, obrzydzenia i kwiatów żalu

Zaczęłam pisać pod wpływem wielkich emocji. Teraz, to, co napisałam gnije w "brudnopisie".
Wpisy z kategorii "Mart czuje" często piszę pod wpływem czucia właśnie, jednak staram się chwilę poczekać, aby emocje, które nakłaniają mnie do pisania ukazały wszystkie swoje aromaty.
Jak idealnie zaparzona herbata.

Na początku, mniej więcej 24 godziny temu, był gniew. Jednak gniew został stłamszony. Wszyscy jesteśmy ludźmi, strach i zwątpienie są naturalne.
Później, chwilę po godzinie 21 była pogarda, jednak wyraźnie rysowało się także poczucie niesprawiedliwości.
Teraz, od godziny zero ono dominuje. Obok są także obrzydzenie, złość. Ale chyba najwyraźniej czuję smutek. Taki dziecinny, bo... bo nie ma sprawiedliwości.

I nigdy nie było.
I nie jest też tak, że na wszystko trzeba sobie zapracować. Na niektóre rzeczy nie można.
Nie możesz dostać wdzięczności od podłej żmii, nawet, gdy wdzięczność jest oczywistą walutą zapłaty za coś.
Nie możesz dostać wsparcia od króla egoistów. Niezależnie od tego, ile razy wsparcie mu darowałeś.
Czasem, za ciężką pracę i wyrzeczenia dostajesz razy.
Nie wszystko da się przewidzieć.

Ostatecznie czuję żal.
Czuję żal i strach, bo nie chcę gorzknieć. Z akcji na akcję jest coraz bardziej gorzko. Czuję się stara. Świat jest czasem brutalny, i, gdy dajesz tyle, ile możesz, dostajesz w zamian czystą postać podłości. Nie wiem, jak to nazwać. Polską cebulą? Ludzie postępują tak na całym świecie. Chamstwem? To za mało.

Obok nas żyją kreatury. Wampiry, które żywią się dobrą energią. Wysysają ją. Przez jakiś czas chodzą najedzone, jednak nadal biadolą o swojej chorobie. O przekleństwie nad nimi ciążącym.
Wampirom trudno dostrzec, że każdy cierpi na tę samą chorobę, co one. Może po prostu tak jest im wygodnie. Może czują się, przez budowanie własnego mitu, lepiej.
Ale coś takiego, to sztuczna wartość.
W końcu, może są zbyt leniwe i głupie, aby cokolwiek zrobić ze swoim jestestwem. Przecież bycie człowiekiem nie jest tak trudne. Już niech nawet nie będą dobrymi ludźmi. Niech po prostu zasłużą na miano człowieka.

Współczuję wszystkim, którzy współżyją z wampirami. Wampirom natomiast - już nie współczuję. Nie zasługują na to. Na nic, tak naprawdę, nie zasługują.

Marazm to grzech śmiertelny.

Share: