piątek, 1 kwietnia 2016

19. Wycieczka po Lodowym Pałacu - pozwiedzajmy depresję.

Znowu jest późno.
Od dłuższego czasu nie mogę zasypiać. Leżę w łóżku i przez kilka godzin… leżę. Ostatnio nawet nie przeszkadza mi pochrapywanie Krasnoluda, jeżeli śpi obok (a w zasadzie, to przestał pochrapywać). Czasem mam pretekst, bo coś jeszcze napiszę, przeczytam, poczekam. Ale potem i tak przynajmniej dwie godziny zmieniam pozycję, bo może jakaś będzie tak wygodna, że zasnę.
Ale nie o tym.
To tylko wstęp.
Dzisiaj, aby uniknąć przewracania się i zakrywania całej siebie kołdrą (bo Krasnolud jest u siebie), przeglądam internety.
Trafiłam na jakiś wyjątkowo durny kanał na YT. Zabłądziłam. Tak zdecydowanie mocno, chociaż zaczęło się od przeglądania Ponky. Przez Gimpera (którego szczerze nie znoszę), do… sióstr Fitdevangel.
Czegoś tak durnego, jak ich filmy nie widziałam od dawna. I nie wiem, która jest głupsza.
Ale filmik o depresji.
Nie skończyłam go, bo narosła we mnie ogromna ilość bullshitu. Ten filmik obejrzało ponad 57 000 osób!
I jak przeżyłam jakże piękne przedstawienie osoby chorej, jako blond-aniołka tandety, który marudzi i ogląda siedem filmów pod rząd, tak…
„Nie pójdziesz do żadnego lekarza po leki!”. Dlaczego? Bo faszerujesz się chemią. Bo zasilasz koncerny. A przy okazji, możesz doprowadzić się do stanu, w którym będzie zbyt późno na leki, ale to mniej ważne, bo przynajmniej zabijesz się nie mając w sobie toksyn leków. :-)

Faktem jest, że depresję można leczyć nie biorąc leków. Jednak jest to trudne i w przypadku zaawansowanego stanu choroby – nierealne.
Ale zacznijmy od najważniejszego: depresja to nie chwilowy smutek. Mówi się, że znaczna część społeczeństwa cierpi na tę chorobę. Pewnie jest to prawda, jednak to sprzyja temu, aby połowa (ponad?) internautów stwierdziła ją u siebie.
Zawsze podawałam pewien przykład.
Wyobraź sobie, że jesteś tak cholernie głodny. Zjadłbyś cokolwiek, nawet to, czego nienawidzisz, na przykład kiszoną kapustę. Cokolwiek. A przed sobą masz swoją ulubioną pizzę. Wystarczy wyciągnąć rękę.
Ale nie masz na to siły. Nie możesz zmotywować się, aby wykonać prosty ruch – zakładając, że masz sprawną rękę.
Taka jest depresja. Czasem, przez godzinę zbierasz się do tego, aby zawołać kogoś, kto mógłby przewrócić Cię na drugi bok, bo sam tego nie zrobisz.

Kiedy terapeuci pytali mnie o kolor, którym opisałabym, co czuję, mówiłam o zimnych, błękitnych kolorach lodu. O pałacu z lodu. Z zimnych kryształów, które poetom wydają się piękne, ale gdy stanowią Twój dom… ciągle się o nie kaleczysz i są zimne. W dodatku za oknem nic nie ma, kompletna pustka. Lodowy pałac musi stać na odludziu, a słychać w nim tylko śnieżną wichurę. I Twoje kroki.

Ale, u mądrej youtuberki dowiadujemy się, iż depresję powoduje brak celów i marzeń.
Nie. Depresja zabija Twoje cele i marzenia. Zapominasz o nich. Nie osiągniesz ich nigdy, ale wiszą nad Tobą jako kolejna porażka. Nie będziesz próbować, bo… bo nie dasz rady.
Albo nękanie w szkole, odejście kogoś bliskiego, złamane serce (chłopak z 3A nie zwraca na mnie uwagi, a tydzień temu powiedział mi cześć – mam depresję!).
Tak naprawdę, depresja nie musi mieć podłoża w tym, co się dzieje lub działo. Oczywiście, może, ale… nie musi. Może przyjść tak samo, jak grypa. Albo raczej złamana noga, bo grypę łapiesz od kogoś, a noga łamie się przypadkiem. Tak, o.

„Wybór należy do ciebie” to bardzo pozytywny slogan. Pewnie. Ludzie bulwersują się, gdy mówię, że tak jak chory na raka nie wyzdrowieje, gdy sobie zapragnie, tak samo osoba chora psychicznie nie jest w stanie tego zrobić. Depresja jest chorobą, a nie fanaberią.
Leczenie jest potrzebne.

A jest okropne.
Psychiatrzy zapewniają, że od tych leków nie przytyjesz, że nie mają negatywnych wpływów. Brałam bardzo wiele różnych tabletek. I wszystkie mnie otumaniały. Objawy schizofrenii czy depresji były mniejsze lub większe, ale tak samo było, gdy odstawiałam sobie leczenie. Otumaniona byłam ciągle.
Uwielbiałam zawsze pisać i malować, tworzyć. Przestałam, bo głupie wyobrażenie sobie opisu ulicy w książce Murakamiego przerastało moje możliwości. A co dopiero coś, co sama miałabym stworzyć. Czytanie w ogóle było nierealne.
Najlepiej siedziało mi się w zasyfionym pokoju. Gdy robiło się ciemno, musiałam zacząć zbierać siły, aby za godzinę lub dłużej wstać i zapalić światło. Chociaż: po co?
Kiedy zaczęłam chorować ważyłam cudne 53kg. Byłam wtedy wychudzona, moje leczenie zaczęło się między innymi od tego, iż rodzice zauważyli, że drastycznie schudłam.
(tutaj nastąpi terapia dla mnie)
W kwietniu '15 ważono nas na bilansie przedmaturalnym. Pierwsza cyferka, którą widziałam to „8”.

Według aniołka sposobem na terapię jest „wzięcie się w garść” oraz rozpisanie sobie, kim chciałoby się być za kilka lat, uwzględniając ubiór, poruszanie się, samochód.
Kiedy masz depresję, masz nadzieję, że za kilka lat przestaniesz istnieć. Znikniesz.

W zasadzie, blondynka wzbudza w widzu uczucie, że jego depresja (zakładając, że ktoś z depresją ją ogląda) to coś, czego powinien się wstydzić. Bo ludzie mają gorzej.


Skończyłam na 4:02. Może w ostatnich sekundach blondyna zdejmuje maskę i okazuje się, że to Człowiek Warga wszystkich trollował, ale w obawie, iż tak nie jest, nie skończyłam tego filmiku.

Wyjście z depresji jest trudne. Leczenie jest konieczne. Można zrezygnować z farmakologii, ale terapia jest bardzo ważna. I to psychiatra powinien zdecydować, czy możesz zrezygnować z leków.
Ja wiem, że łatwo się mówi, bo sama odstawiałam leki bez konsultacji. Bo nie mogłam wypić ze znajomymi (chyba i tak już nigdy nie będę miała tak mocnej głowy, jak przed leczeniem), bo przestałam tworzyć, bo tyłam, a nie ukrywajmy, dla młodej kobiety jest to duży problem.

Ten blog powstał jako jedna z terapii. Miałam tu pisać co mnie boli i udostępniać moim bliskim. Myślę, że wciąż spełnia swoją rolę, ale korzystając z tego, iż mam coraz więcej wyświetleń, chcę napisać tutaj coś, co może trafi do jednej chociaż chorej osoby. Do osoby, której społeczeństwo mówi w ten sam sposób, co niezbyt mądra youtuberka.

Najważniejsze jest, aby depresję stwierdził lekarz, co pisałam już wyżej. W najgorszej fazie choroby trzeba brać leki. Ważna jest terapia. Ważne jest wsparcie – które często na terapiach grupowych istnieje. Ja miałam cudną grupkę, gdy pierwszy rok uczyłam się w szkole przyszpitalnej (bo drugi był porażką…). Kiedy osoba chora na nowo nauczy się decydować o sobie i nie poddawać się, nie wolno zasypywać jej pomysłami, a także lekko studzić jej zapał na milion zajęć.
Krok po kroku.

Leczenie farmakologiczne jest jak nauka chodzenia. Leki są ręką, która trzyma Cię i łagodzi upadki przy pierwszych krokach. Ale prędzej czy później zaczynasz iść sam. Będziesz upadał jeszcze wiele razy, ale, kiedy uznasz, że dalej dasz radę iść sam… musisz wstawać.

Czy ja wyzdrowiałam? Nie wiem. Może kiedyś mi znowu wrócą te najgorsze stany. Ale póki co jest dobrze. Jest normalnie, mam problemy, z którymi boryka się wiele innych 21-latek. Kiedy zauważę jakieś niepokojące objawy – udam się na terapię. Szybka reakcja pomoże uniknąć leków, których nie wspominam dobrze, chociaż wiem, że bez nich nie przeszłabym tej choroby.


A nawiązując, mogę się pochwalić: 
Zdjęcia z chwili obecnej zbytnio nie mam. Jedynie na moim fejsbuczku chyba jakieś aktualne. Wyglądałam jak ogr, tak. W świąteczną sobotę waga pokazała mi 55kg, Krasnoludmi świadkiem. Wzrost mam wciąż taki sam, waga prawidłowa. Wróciłam do niej bez żadnej diety. 
Mówi się, że leki schodzą. 
Schodzą. 
albo mam tasiemca... 




Share:

poniedziałek, 21 marca 2016

18. Test larpa "Red Earth", autorstwa Eweliny Glapiak

Od kiedy pamiętam Tata mówił mi, abym "znalazła sobie komputerowca". Stało się tak, że mam larpowca, który daje mi (oczywiście poza miłością, spełnieniem, szczęściem, etc.) możliwości, abym... sama stała się komputerowcem.
W sumie, prawie komputerowcem. Stażystką w firmie programującej apki na telefony. Nauczyłam się robić kawę. :---) 

Zupełnie spontanicznie udaliśmy się z Krasnoludem na testy larpa, którego przygotowała stara znajoma, o której tutaj już wspominałam w... no nie ukrywajmy, dość nieprzyjemnej sytuacji, bo przy pewnym liście otwartym, też o larpie traktującym. 

Jak generalnie chamberlarpy wspominam jako nieudolne próby ludzi, których większość miała soczyście wyjebane, tak tutaj... byłam bardzo miło zaskoczona. Dodam, że nie było elfów do bicia, a nawet w ogóle nie było bicia! 

Za to było dwugodzinne zderzenie z... rzeczywistością, jednak dużo silniej. Mimo niedzieli zrobił się piątek, godzina 16, kiedy to okazało się, iż gracze, ekipa pracowników Native World, zostają w pracy dłużej, ponieważ projekt, który miał być na poniedziałek, musi być szybciej, najlepiej na wczoraj
I co może się dziać? 
Cóż, wiele rzeczy. 
Na potrzeby larpa powstała grupa, gdzie każdy z graczy miał się udzielać jako odgrywana postać (miały być konta na larpowe nazwiska, ale fejsbuk usunął, bo fejkowe). Bo przecież na FB łatwiej wygarnąć komuś, że jest idiotą, bo ma inne poglądy polityczne, prawda? Jednak, gdy oboje spotkacie się na palarni, jesteście dla siebie milutcy.  Natomiast osoba, która nie udziela się w internecie jest podejrzana i mroczna! 
W dodatku w firmie pracuje Arab. 


Mieszanka wybuchowa, przynajmniej nam na larpie taka wyszła, jednak pieczę nad tym sprawowała Ewelina. 
Nie chcę, jak i nie powinnam zbyt wiele zdradzać na temat fabuły, także... 

Mocne 9.5/10, bo brakowało mi jedynie profeszynalnych wizytówek każdego pracownika oraz chociażby jednego fajnie zrobionego graficznego logo, które wisiałoby w korytarzu (był napis markerem). Niestety bolał także krótki czas, ponieważ akcja rozwijała się trochę zbyt szybko, nie mieliśmy czasu na normalne hejtowanie się przez FB.  A poza tym, może to i dobrze, bo wyszło naturalnie i normalny dzień przerwała nam nagła, dramatyczna akcja. 
W ocenie brakuje tego 0.5, ponieważ oceniam to jako larpa-larpa, a nie testy larpa. Gdyby było coś między 9.5 oraz 10, dałabym to, jednak nie chcę rozdrabniać się aż tak.

Jednak, jeżeli oficjalna wersja tegoż larpa wyjdzie w podobny sposób, chociaż zależy, co autorka doda lub wyrzuci, myślę, że mogłaby walczyć o jakąś nagrodę na Złotych Maskach, czy czymś podobnym.
Jestem fanką fantastyki, a larpy są moim grailem czynności życiowych (wtf), bo mogę być magiem, kapłanką, alchemikiem, mogę nakurwiać smoki i bić elfy.
A tutaj miałam rzeczywistość.
Rzeczywistość, która, jak się okazuje, jest równie porywająca i... Ewelina opowiadała, że założeniem larpa będzie dostrzeżenie - bądź i nie - tego, co nas otacza. Tej rzeczywistości. Z naciskiem na to, w jakim świecie żyjemy, wirtualnym, czy fizycznym. Padło pytanie "który z nich jest prawdziwy i gdzie jest więcej prawdy".
Mam wrażenie, że więcej prawdy, w którą chcę wierzyć jest w legendach ze Śródziemia, nie w codziennym życiu i życiu na portalach społecznościowych.
I nie wiem, czy to dobrze świadczy o naszym społeczeństwie.


Jeżeli larp kiedyś się odbędzie, zostanie skończony, pokazany komuś więcej, niż znajomym - myślę, że nikt nie skończy gry niezadowolony. Fabuła, lub raczej jej zarys, daje dużo do myślenia. Ja sama od kiedy wyszłam z budynku firmy Native World, wciąż przeżywam i trawię to, co się tam wydarzyło.
Jedyne, co powinno być poprawione, to stres MG. Bo aż tak wielki, nie był potrzebny.  :---)

Jednocześnie, otworzyły mi się oczy na poza-fantastyczne zabawy. Jak może sesje RPG polegające na zadowoleniu poszczególnych partnerów seksualnych (kulnij na seksowność majtek!) nadal do mnie nie przemawiają, tak rzeczywistość... cóż, gdy nie ma elfów do bicia, można wyżyć się na kimś o innych poglądach, bez obaw, że będą jakieś konsekwencje - gra się skończy.







Share:

piątek, 18 marca 2016

17. Młodzi rodzice.

Ponoć, gdy dwóm kobietom synchronizuje się miesiączka, znaczy to, że osiągnęły naprawdę wysoki poziom przyjaźni.
Dlatego cieszę się, że mojej przyjaciółce i mi okres zsynchronizował się w tym miesiącu.

Jednak, gdy spóźniał się ponad trzy tygodnie miałam... nadzieję.
Tak, nie mam pracy, wyższego wykształcenia, jedynie mój narzeczony jest na drugim roku i pracuje. Ale miałam nadzieję. Mam tę nadzieję co miesiąc od kilku miesięcy. Czuję się z tym trochę źle, bo wszyscy mówią mi, że będzie ciężko, że zbyt wcześnie. Że dzieci zabierają młodość i nie można imprezować. Że kończą się szaleństwa. Że jeszcze tyle życia przede mną, będzie czas na dzieci, ale później.

Moi rodzice dostawali stypendia naukowe na studiach, gdy byłam dzieciaczkiem. Gdy miałam młodszego braciszka. Dali radę. I spełnili rolę najlepszych rodziców, jakich mogłam mieć, mimo częstych awanturek i niesnasek.
Myślę, że nie ma drugiego małżeństwa, które zniosłoby tyle problemów z dwojgiem latorośli.

Jestem pewna, że chcę mieć dziecko. Jestem pewna, że damy z Marcinem radę żywić się chlebem z pasztetem na wszystkie dwa posiłki, żeby brzdąc nie był głodny i jadł zdrowiej, niż rodzice. Jestem pewna, że zapewnimy mu to samo, co zapewnilibyśmy mając po dziesięć lat więcej i dobrze płatne prace.
Bo nie liczy się to, aby malec miał najdroższe ubranka i zabawki, żeby pokoik był cudny, jak te w IKEI, które dziś oglądałam.
Ważniejsza jest kochająca rodzina, której przykład miałam i którą sama zapewnię maluszkowi.

Nie będziemy starać się o fasola, tak jak nie staraliśmy się wcześniej. Jednak, zabezpieczenia nie dają stu procent pewności, zatem... zatem będę mieć nadzieję, że zobaczę te dwie kreski. Kiedy? Nie wiem, za miesiąc lub za dwa lata (chociaż to jeszcze tak długo...!).

A co z karierą, wykształceniem?
Nic specjalnego, pójdę na studia, tak jak chciałam. W tym momencie najważniejsze jest dla mnie dziennikarstwo. Jednak zastanawiam się nad uczelnią publiczną i prywatną. Nie wiem, czy jest jakakolwiek różnica, jeżeli komuś zależy na zdobyciu wiedzy. Chyba tylko wątpliwy prestiż.
Chciałabym zrobić także grafikę, jednak to zdecydowanie na uczelni prywatnej. Gdybym myślała dużo wcześniej o tym, teraz zastanawiałabym się także nad psychologią.
Są to trzy dziedziny, które chciałabym rozwijać (bo sztukę samą w sobie, jaką uważam za malarstwo i tak będę praktykować, to samo dotyczy craftu, bo po prostu to lubię). Oczywiście, psychologia wymagałaby ode mnie wystawienia na ciężką próbę własnej woli.


A studia i malec?
Da się, widziałam na własne oczy. Myślę, że pierwszym wspomnieniem, które pamiętam, a nie o którym słyszałam, są schody w budynku, w którym moja mama miała zajęcia. Miały jasne plamki, takie jakby wbite i wyszlifowane kamyczki. Pamiętam Pana Dziadka na uczelni taty, który dawał nam naklejki na drzwi i często jedliśmy u niego wafle Teatralne.
Zatem da się.
A rodzice studiowali dziennie. Ja myślę o wieczorowym.



Ale nieważne.
Póki co, nie ma fasola. I jak pisałam wyżej, nie będziemy się o niego starać. Jeszcze nie.
Dziś dowiedziałam się, że mój stary znajomy, o którym już chyba wspominałam na tym blogu, będzie tatą. Będzie tatą dziecka, które urodzi mu znajoma, którą poznał u mnie.
/tak btw. to zabawne, bo ja poznałam Krasnoluda dzięki owemu znajomemu/
Plotka obiegła świat oczywiście. Słyszę, że są młodzi, że jak oni dadzą radę, że tak szybko, bo nie są długo razem... I sama też tak myślę. A z drugiej strony: no i co?
Bycie młodym rodzicem to niewątpliwa zaleta. Nie tylko dla rodzica, bo sama szczyciłam się w podstawówce wiekiem moich. Później wmawiano mi, że jestem wpadką (nie jestem!).
Jak dadzą radę? To zależy od nich. A to, że są razem krótko... to też nic nie znaczy. Krasnolud oświadczył mi się także bardzo szybko.


No i jeszcze jedna rzecz: JAK MY SIĘ ZESTARZELIŚMY. Chwilę temu nie myśleliśmy nawet o maturach, były abstrakcją. Gdzieś tam daleko widniały nad nami. Chwilę temu byliśmy tak inni, niż teraz, a przyszły ojciec miał długie włosy. Teraz jest łysy.
Share:

czwartek, 17 marca 2016

16. Sorry Polsko.



Ostatnio wrze od muzyki Marii Peszek.
Maria Peszek nigdy nie była milusia i potulna. Jej teksty zawsze były ostre, zawsze były dosadne. Moim zdaniem ten okropny i bluźnierczy singiel "Modern Holocaust" wcale nie jest dużo mocniejszy od "Sorry Polsko", "Amy" czy innych.
A w zasadzie, jest dużo mniej kontrowersyjny.
Jestem w stanie zrozumieć oburzenie niektórych za "Sorry Polsko", sama też się nie zgadzam z tym tekstem, oddałabym kilka kropli krwi mojemu domowi. Chociaż przyznam, nigdy go nie analizowałam, przelatywał na płycie, bo na "Jezus Maria Peszek" jest wiele bardziej chwytających mnie utworów.

Ale... sprawa przy "Modern Holocaust" jest... komiczna.
Nie będę analizowała każdego fragmentu tejże piosenki. Próbowałam, ale nie udało mi się jednej zwrotki skończyć, ponieważ, jak to się mówi: gniłam, kisłam, fermentowałam.

Standardowo dla Mart skupiam się na ludziach. Społeczeństwie.
Kilka dni po premierze jakże bluźnierczego singla powstało wydarzenie "TAK DLA DELEGALIZACJI MARII PESZEK". Przeglądałam z zainteresowaniem, rozbawieniem, ale... dzisiaj się boję. Tutaj mam ochotę powiedzieć: sorry, Polsko.
Bo szkoda mi, że przyszłość mojego kraju stanowią tacy ludzie.


Nie ma talentu, głosu, chociażby wyglądu 
 Serio? Serio, przy artystce musi być "chociażby" wygląd? Serio? Dalej zarzucają jej, że Polaków nie interesuje jej kontrowersja. Tutaj mózg mi się wiesza. Przecież właśnie zrobiła rozpieprz na wszystkich poważnych portalach!

Zastanawia mnie też dlaczego Peszek jest twórczynią bełkotu według internetowych hejterów, których muszę tłumaczyć. Odsiewać z ich wypowiedzi bluzgi i inwektywy o kaleczeniu mowy, o którą ich dziadkowie walczyli nie wspominając.


Tak, ja też hejtuję.
Hejtuję, ponieważ nie rozumiem, dlaczego Polak Patriota za najgorsze wyzwisko uznaje "Żyda" ewentualnie "lewaka" (swoją drogą, hehe, Piłsudski należał do Polskiej Partii Socjalistycznej, która była... LEWACKA! chociaż sam Dziadek z tego co pamiętam unikał opowiadania się po jakiejkolwiek stronie).
Jednak, moi koledzy i koleżanki z tej prawej strony rozpływają się nad żołnierzami wyklętymi, nad powstańcami.
Gdyby kiedykolwiek, ktoś z Was, moi kochani, tutaj wpadł i to czytał: CZY SERIO UWAŻACIE, ŻE ONI POPARLIBY WAS TERAZ?
Przecież niejednokrotnie w szeregi Państwa Podziemnego wkraczali Żydzi, którzy przeżyli lub uniknęli getta. Przecież odbijano transporty i ratowano żydowskie dzieci. Żydzi stanowili mniejszość naszego kraju od... zawsze. Bo już w X wieku byli tutaj jako handlarze niewolników (niezbyt chwalebne, pewnie).  Ale już w XVI wieku w naszym kraju żyła znaczna część Żydów zamieszkujących Europę, nie pamiętam liczb, gimnazjum było bardzo dawno.


Chciałam napisać coś sensownego. Ale... chcę już zakończyć.
Sorry Polsko.
Sorry, bo uczyniliśmy Cię ojczyzną absurdu.
Sorry, bo chyba zapomnieliśmy, jak piękna jesteś. W historii, w kulturze, w krajobrazach, w trudnych sytuacjach.

Kończąc muzycznie, ale nie Peszkowo:
w moim kraju / czasem boję się żyć
Closterkeller - W moim kraju 


PS. A jak odłożę pieniądze, to na złość delegalizacji jednej z lepszych polskich artystek, kupię wszystkie jej albumy. Jakby było mnie stać, to na winylach! Ale małymi kroczkami... :-)
Share:

piątek, 4 marca 2016

15. J. Grzędowicz, „Księga Jesiennych Demonów”



- Jak to jest być wilkiem? - zapytała- Inaczej. Prościej i szybciej. Pamiętam to jako chaotyczne obrazy, sceny, wiedzę, której nie da się wyrazić słowami. Te wspomnienia są trochę podobne do snu. Nie ma w nich słów ani porządku. Światło jest ostrzejsze, dźwięki też. I zapachy. Tamten świat składa się z zapachów. I uczuć- Jakich uczuć? - Krótkich, ostrych i sensownych. Pragnień. Przestrzeń, bieg, polowanie, jedzenie, dzielenie się. Czasem jest też strach albo gniew. Kiedy kogoś lubisz, traktujesz go przyjaźnie, kiedy czujesz gniew, walczysz. Czujesz i robisz dokładnie to, co czujesz. - A co czujesz teraz?- Teraz jestem człowiekiem 
„Księga Jesiennych Demonów” opowiadanie „Wiedźma i Wilk”, Jarosław Grzędowicz



Gdy jest Ci smutno – kupujesz sobie coś na pocieszenie. Czekoladę, ładny sweter lub inną rzecz, która Cię ucieszy.
Jesień jest bardzo depresyjną porą. A właśnie jesienią, żegnając się z Krasnoludem i pędząc do Torunia (kiedy to było!) wpadłam na chwilę do księgarni. Akurat skończyłam czytać pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu i podróż byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie…
Księga Jesiennych Demonów autora wcześniej wymienionej książki, pana Jarosława Grzędowicza. No i miała całkiem fajną okładkę. A nawet z książką, która zaczyna się taksobie, podróż mija lepiej.

Na całą opowieść składa się pięć opowiadań oraz mini opowiadania - prolog i epilog. I jak prolog przekonał mnie do kupna – zawsze przed kupnem czytam kilka pierwszych stron – tak pierwsze opowiadanie odrzuciło mnie bardzo daleko od chęci powrotu do poznawania Jesiennych Demonów.
Próbowałam, podchodziłam, ale to nie było to.
Możliwe, że mój własny zły stan psychiczny, bronił się przed książką, która, bądź co bądź, nie nastawia optymistycznie. Zresztą, wspominałam o tej pozycji, gdy było bardzo źle. 

Jakiś tydzień, czy dwa tygodnie temu znowu ją chwyciłam.
I odleciałam.
Drugie opowiadanie dość ładnie wpasowuje się we wszystko, co mamy w polskim urban fantasy. A jednocześnie Grzędowicz mistrzowsko operuje językiem. Przemyślenia terapeuty skłoniły mnie do zrobienia czegoś, czego nie robiłam nigdy – podkreślania fragmentów. Gdy akcja rozwija się i dowiedziałam się, że tajemniczy pacjent, od którego wszystko się zaczęło, jest Bogiem, mimo mej niechęci do większości współczesnych religii, miałam ochotę udać się do najbliższego kościoła i go pocieszyć.
To, jak Grzędowicz przedstawił chrześcijańskiego Boga jest wzruszające, łapie za serce, a przy okazji, jest - moim zdaniem – jedynym słusznym obrazem Boga, którego jego wyznawcy nazywają „Ojcem”.
Kilka lat temu napisałam na luźnej karteczce przemyślenia dotyczące tego, czy właśnie Bóg, jako ojciec, ponoć kochający, jest w stanie znieść to, że jego dzieci tracą wiarę i marzenia, et cetera.
I właśnie to dostałam w tym opowiadaniu.
Zakończenie jest wisienką na torcie, albo nawet truskawką, większość ludzi woli truskawki. Nie chcę zbyt mocno spoilerować, zatem napiszę tylko, iż jestem przekonana, że narrator tego opowiadania wylądował w Bieszczadach! :---)

Kolejne opowiadanie łyknęłam, gdy tylko przetrawiłam „Opowieść terapeuty”. Jest ono zdecydowanie szczytem cudu w tej książce. Znowu kreśliłam po kartkach zaznaczając opisy i dialogi, które ściskały moje serce. „Wiedźma i wilk” opowiada o… wiedźmie i wilku. Wiedźmie, która na co dzień zajmuje się fotografią, jednak była w toksycznym związku. A jednocześnie należała do rodziny prawdziwych czarownic. Gdy dłużej pomyślę nad treścią tego opowiadania dochodzę do wniosku, że przywołanie wilkołaka, aby rozprawił się z facetem, który ćpa, pije, generalnie nic nie robi, a czasem bije swoją kobietę, jest trochę przesadą. Jednak Grzędowicz bardzo obrazowo opisuje myśli Melanii i sprawia, że jej zachowanie jest autentyczne. Jednak to dopiero początek. Głównym wątkiem jest wprowadzanie wilkołaka Maksyma w ludzkie życie. I tu jest piękno, które wycisnęło ze mnie łzy.
Bo wszyscy wiemy, że dzika natura nie idzie w parze z korporacjami i betonowymi budynkami.
Chciałabym pisać o tym opowiadaniu i pisać.
Powstrzymam się i jeszcze raz polecę. Chociażby to jedno z całej książki.

Jednak następne opowiadanie, „Piorun”, sprowadziło mnie znowu na ziemie. Czytanie znowu się rozwlekło w czasie. Narrator będący naukowcem,chyba biochemikiem oraz mężem strasznie, ale to strasznie nudzi. Gdyby sukkub chciał ukraść mi Krasnoluda, nie jęczałabym, tylko od razu wpadła na to, że to sukkub. Ale ja jestem fanką fantastyki. I jeszcze sam ma problem, aby zauważyć, że ten sam sukkub sięga po niego… Swoją drogą, mamy sukkuba i inkuba w jednym.
Tak czy siak, zdecydowane nie, nie, nie.
Plusem jest moja miłość do sukkubów. Niektórzy lubią elfy, inni krasnoludy, ja lubię sukkuby i inkuby. I fauny oraz inne kopytkowe.

Gdy z ulgą przeczytałam ostatnie słowo „Pioruna” pojawiły się „Czarne motyle”. Wprowadzenie, gdzie narratorem jest zmarły mąż-alpinista jest bardzo klimatyczne. Postać pani Ireny też jest sympatyczna. Ciekawy klimat, chociaż niesmak po „Piorunie”, który z kolei przykrył majstersztyk dwóch poprzednich opowiadań mógł wpłynąć na to, że „Czarne motyle” długo w mej pamięci nie zostaną. Ale były całkiem dobre, naprawdę!

Pięć opowiadań i prolog z epilogiem są zupełnie z różnych półek, jeżeli chodzi o doznania przy czytaniu. Dwa opowiadania, który zrywają kapelusze z głów w środku, dwa opowiadania, które są ok i nic poza tym, oraz dwa, które sprawiają, że odechciewa się czytać. Mimo to, polecam. Czyta się długo przez wyraźne skoki w jakości opowiadań, jednak myślę, że warto. Sama niejednokrotnie zamierzam wracać do „Opowieści Terapeuty” oraz „Wiedźmy i Wilka”. Czy do reszty? Nie wiem. Póki co mam zbyt długą kolejkę książek, które trzeba skończyć/zacząć. :---)


Share:

piątek, 12 lutego 2016

14. Jaka jest Druga Nibylandia?

Noc jest zdecydowanie najlepszą porą na pisanie tutaj.

Kiedyś były dni, które zaczynały się koło północy. Spotykaliśmy się i szliśmy na górki lub studnię. Lub gdziekolwiek. Jedna osoba miała paczkę papierosów, najpewniej dużych, niebieskich Lucky Strike'ów lub czerwone Chesterfieldy setki. Rozmawialiśmy i śmieszkowaliśmy. Chodziliśmy po praktycznie pustych uliczkach naszej dzielnicy i... 
i cały świat był nasz. 
Teraz, choćbym chciała nie mogę. 
Nie tylko dlatego, że ta dzielnica jest daleko, a w Poznaniu nie ma dwójki z tych cudownych osób. Bo przecież nie jestem tu sama, mogłabym, teoretycznie, wpakować się w jakiś nocny i jechać na most św. Rocha lub Wartę. Ale tylko teoretycznie. W praktyce nie mogę.
Mieszkam w dzielnicy, która nie wygląda zbyt bezpiecznie. Zabawne, bo w tej naszej spotkało mnie zło kilkukrotnie. Tutaj nie - jedynie jakieś małe romskie (hehe) dziecko powie, że mam ładne nogi. Ale nie znam Poznania, nie znam i się go boję. Chodząc tutaj czuję przytłaczającą samotność. A nawet oderwanie od miłych wspomnień. 
Tęsknotę.

I nie, nie chcę wrócić, absolutnie. 
Życie tutaj jest bardzo szybkie. Mało kiedy mam czas. Nawet nie wiem do końca, dlaczego, bo nie mam aż tylu zajęć. Ale faktem jest, że od poniedziałku do niedzieli czas leci bardzo szybko. 
I jest dobrze. 
Kocham Tatę, z którym mieszkam, kocham Krasnoluda, lubię pogadać z sąsiadem i znajomymi pracującymi w okolicy. Fajnie, gdy wstanę rano i ogarnę trochę, pozmywam naczynia z wieczora i wstawię pranie. Czasem pomyję dokładnie łazienkę lub kuchnię. W poniedziałki robię listę zakupów, bo znowu skończył się płyn do płukania lub gąbki. 

Ale bywa źle. 
Bywa, że siadam nad zeszytem, w którym notuję wydatki z każdego dnia. Bywa, że nie wiem, czego sobie odmówić, aby mieć możliwość zrobić prezenty najbliższym. Lada moment Tatuś ma urodziny, nie zdążę już zrobić tego, co chciałam, trudno, a drugi pomysł też jest ciężki do wykonania, bo nadal potrzebuję składników. A wystarczyłoby 50 złotych! Trochę dalej jest Pyrkon, na który nawet nie mamy jeszcze wejściówek. Wiem, że skończy się tak, iż kupi je Krasnolud, bo ja przecież nie mam za co. Na Pyrkonie mieliśmy być Poszukiwaczami z Talizmianiu, Czarownik, Czarownica, Wróżka i Wojownik. Byłoby fajnie, nie widziałam jeszcze cosplayu z tej planszówki. Ale nie mam jak wyłożyć na materiały, bo przecież ja będę szyła. 
Mam w tym roku możliwość spędzić z kimś pierwsze walentynki w życiu. Chciałabym pozwolić sobie na obdarowanie Krasnoluda chociażby dobrą czekoladą.
Ale nie chodzi o pieniądze, przecież mam co jeść. Boję się, że nie ogarnę nigdy tego, aby gospodarować funduszami, boję się, że utknę w mierności i nie będę mogła podnieść oczu znad rachunków, aż cały widok zasłonią mi napuchnięte od zmęczenia i łez powieki.
I nie będę sama, wiem.
Boję się jednak, że będziemy zbyt nieszczęśliwi porażką materialną, aby się kochać. A ten strach mnie paraliżuje. 


Po prostu czasem płaczę nad wydatkami, wspominając beztroskie strzelanie kapslami w niebo.
Chociaż wiem, że znowu będzie fajnie. I znowu będziemy wiecznie młodzi... Wspomnienie tego, jak lekko można się czuć, będąc razem, bez obowiązków, a po prostu ciesząc się sobą jest jednym moich ładniejszych skarbów. 
Przecież nie tak długo, a znów będziemy razem. Jeszcze szczęśliwiej, niż przed wyjazdem do Poznania. Chciałabym powiedzieć nad ranem wchodząc na pola nieopodal Kostrzyna, że nareszcie w domu. Chciałabym czuć ten cud życia na pięciogwiazdkowej prywatnej plaży. Chciałabym, żebyśmy znowu leżeli razem patrząc w gwiazdy. 
Bardzo tęsknię. 



Dziś był płacz. Ale jednak wciąż istniejemy. Nie wyrzekłam się przyjaciół wchodząc w poważny związek. 
Dobrze, gdy ktoś zadzwoni o 3 w nocy, bo coś może być nie tak. Dobrze, bo zapomniana więź wraca. 
Share:

poniedziałek, 1 lutego 2016

13. Fasolki, Miłość i zagięcia krasnoludzkiego zwyczaju.

*UWAGA: jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, iż myśl, że Mart posiada  życie seksualne jest dla Ciebie problemem, daj sobie spokój*

Znowu budzę się w nocy, więc standardowo - pojawi się tu wpis nocnych przemyśleń.


Dzisiaj dotyczą Fasola.
Fasolem będzie każde dziecko rozwijające się we mnie. O ile takie się pojawi. :-)


Od kiedy jestem z Krasnoludem, nie czuję obawy przed każdym spóźniającym się okresem. Jestem zwyczajnie pewna, że nie ucieknie, bo będzie bał się ojcostwa. Myślę także, że taka myśl byłaby jedną z większych obraz krasnoludzkiego majestatu.

Jak większość par - uprawiamy seks. Nie czekamy do ślubu w myśl nowej zasady, że "żadnego ślubu przed seksem". Bo, chcąc nie chcąc, wszyscy musimy sobie przyznać, iż seks jest w związku ważny. Tak jak wspólne zainteresowania czy poglądy, etc, etc.
Nie można być w stu procentach szczęśliwym z osobą, która nas nie zaspokaja.
Zakładając, że sami posiadamy popęd seksualny.

Ze względu na moje niegdysiejsze leczenie psychotropowe, nie powinnam brać tabletek antykoncepcyjnych - przynajmniej jeszcze nie. Mieszanka Zolafrenów, Abilyfajów i innych Ketreli sprawiła, że mam zasuszone jajniki. Jeden bardziej, drugi mniej. Nieważne. Nie jestem pozbawiona możliwości ciąży, jednak dla samego bezpieczeństwa mojego, jak i dziecka - lepiej poczekać.
Dlatego używamy prezerwatyw.

Prezerwatywy kosztują minimum 8PLN. I jak, naprawdę, nie żal nam pieniędzy, to czasem zwyczajnie się kończą. Bo tu trzeba odłożyć, bo coś innego. Jednak ZAWSZE mamy jedną-dwie w zanadrzu.

Tylko że te dwie niezbyt starczą. Zwłaszcza, że w 99% przypadków są one tam, gdzie nas nie ma.
Uprawiamy seks "dość" długo. Naszym ulubionym żartem jest "dwurodzinny szybki numerek" (chociaż "na martowe pięć przypada jeden krasnoludzki" też mi się podoba)
Oczywiście, możemy kończyć szybciej, ale miłosne uniesienia mają prowadzić TAKŻE do przyjemności czysto fizycznej.

A sucha prezerwatywa boli i pęka.


I tu zaczyna się główna myśl wpisu.

Jak długo będziemy zapominać o tych zostawionych "na wszelki", jak długo będziemy powstrzymywać się od,jakże bezbożnego, ohydnego aktu... miłości i bliskości zarówno psychicznej jak i fizycznej? Bo zbliżenie z "TĄ" osobą zawsze gwarantuje coś przyjemniejszego niż seks z profesjonalną gwiazdą porno.
Niewiele jest momentów równie pięknych, co czucie przyjemności w swoim i tym drugim ciele. Zgubienia granicy między jednym, a drugim ciałem. Lub fizycznym spełnieniem na myśl, że Krasnoludowi jest dobrze, dzięki mi.

Zresztą - prezerwatywy pękają. Serio, zdarza się.


I jak marzyłam o Fasolu od listopada. Jak wręcz chciałam, aby Fasol się pojawił, tak...
Teraz się boję.
Boję, bo mogę niedonosić ciąży.  Boję, bo nie mieszkamy nawet razem. Bo dziecko to bardzo duże wydatki. Bo co ze studiami? Bo rodzina będzie się martwić  (myśli, że mogą być źli, czy coś raczej nie dopuszczam).






Kolejna myśl jest o "dwóch połówkach jabłka". Jak kiedyś uważałam to za głupie, bo nie jestem przecież owocem! Tak teraz, to chyba najprostsze określenie Miłości. Takiej wiecie, na samą myśl o pojęciu tego słowa boli głowa. Coś jak wszechświat. Widzisz niebo w nocy, widzisz gwiazdy. Mniej więcej starasz sobie wyobrazić odległość od samego księżyca i kiedy dociera do Ciebie, że to NAPRAWDĘ DALEKO, przypominasz sobie, że to taki maleńki kawałek tylko...

Czasem mam też wrażenie, że wszystko, co kiedykolwiek zachwyciło choćby jednostkę, że wszystkie inne pary i miłości na świecie, to nawet nie połowa naszego uczucia.
Że taka miłość, jak nasza, nie zdarzyła się jeszcze nigdy. I nie zdarzy.

Sam fakt, że jak każdy fan fantasy wie, krasnoludy nigdy nie zwróciły uwagi na kobietę innej rasy (ekranizacja Hobbita boli nie tylko wrzucając postać Tauriel). A mojego narzeczonego poznałam jako Krasnoluda. Ja byłam ludzką kapłanką (dopatrywano się u mnie korzeni driady lub rusałki, ale nikt mi nic nie udowodnił).


A Fasol ma coraz mniej czasu na zaistnienie. We wrześniu 2017 muszę założyć gorset!

Przez 19 miesięcy czeka mnie jeszcze wiele nieprzespanych nocy na myśl, że może nie damy rady, tak finansowo. Może coś się źle potoczy...
I zdaję sobie sprawę, że po ślubie nagle nie staniemy się bogaci, ale wierzę, że w jakimś stopniu będzie łatwiej.


Pewna jestem tylko tego, że będziemy najszczęśliwszą rodziną, bo zawsze będziemy wiedzieć, że kochamy się ponad wszystko.
A tego mały człowieczek potrzebuje bardziej, niż najdroższych zabawek.
Share: