czwartek, 17 marca 2016

16. Sorry Polsko.



Ostatnio wrze od muzyki Marii Peszek.
Maria Peszek nigdy nie była milusia i potulna. Jej teksty zawsze były ostre, zawsze były dosadne. Moim zdaniem ten okropny i bluźnierczy singiel "Modern Holocaust" wcale nie jest dużo mocniejszy od "Sorry Polsko", "Amy" czy innych.
A w zasadzie, jest dużo mniej kontrowersyjny.
Jestem w stanie zrozumieć oburzenie niektórych za "Sorry Polsko", sama też się nie zgadzam z tym tekstem, oddałabym kilka kropli krwi mojemu domowi. Chociaż przyznam, nigdy go nie analizowałam, przelatywał na płycie, bo na "Jezus Maria Peszek" jest wiele bardziej chwytających mnie utworów.

Ale... sprawa przy "Modern Holocaust" jest... komiczna.
Nie będę analizowała każdego fragmentu tejże piosenki. Próbowałam, ale nie udało mi się jednej zwrotki skończyć, ponieważ, jak to się mówi: gniłam, kisłam, fermentowałam.

Standardowo dla Mart skupiam się na ludziach. Społeczeństwie.
Kilka dni po premierze jakże bluźnierczego singla powstało wydarzenie "TAK DLA DELEGALIZACJI MARII PESZEK". Przeglądałam z zainteresowaniem, rozbawieniem, ale... dzisiaj się boję. Tutaj mam ochotę powiedzieć: sorry, Polsko.
Bo szkoda mi, że przyszłość mojego kraju stanowią tacy ludzie.


Nie ma talentu, głosu, chociażby wyglądu 
 Serio? Serio, przy artystce musi być "chociażby" wygląd? Serio? Dalej zarzucają jej, że Polaków nie interesuje jej kontrowersja. Tutaj mózg mi się wiesza. Przecież właśnie zrobiła rozpieprz na wszystkich poważnych portalach!

Zastanawia mnie też dlaczego Peszek jest twórczynią bełkotu według internetowych hejterów, których muszę tłumaczyć. Odsiewać z ich wypowiedzi bluzgi i inwektywy o kaleczeniu mowy, o którą ich dziadkowie walczyli nie wspominając.


Tak, ja też hejtuję.
Hejtuję, ponieważ nie rozumiem, dlaczego Polak Patriota za najgorsze wyzwisko uznaje "Żyda" ewentualnie "lewaka" (swoją drogą, hehe, Piłsudski należał do Polskiej Partii Socjalistycznej, która była... LEWACKA! chociaż sam Dziadek z tego co pamiętam unikał opowiadania się po jakiejkolwiek stronie).
Jednak, moi koledzy i koleżanki z tej prawej strony rozpływają się nad żołnierzami wyklętymi, nad powstańcami.
Gdyby kiedykolwiek, ktoś z Was, moi kochani, tutaj wpadł i to czytał: CZY SERIO UWAŻACIE, ŻE ONI POPARLIBY WAS TERAZ?
Przecież niejednokrotnie w szeregi Państwa Podziemnego wkraczali Żydzi, którzy przeżyli lub uniknęli getta. Przecież odbijano transporty i ratowano żydowskie dzieci. Żydzi stanowili mniejszość naszego kraju od... zawsze. Bo już w X wieku byli tutaj jako handlarze niewolników (niezbyt chwalebne, pewnie).  Ale już w XVI wieku w naszym kraju żyła znaczna część Żydów zamieszkujących Europę, nie pamiętam liczb, gimnazjum było bardzo dawno.


Chciałam napisać coś sensownego. Ale... chcę już zakończyć.
Sorry Polsko.
Sorry, bo uczyniliśmy Cię ojczyzną absurdu.
Sorry, bo chyba zapomnieliśmy, jak piękna jesteś. W historii, w kulturze, w krajobrazach, w trudnych sytuacjach.

Kończąc muzycznie, ale nie Peszkowo:
w moim kraju / czasem boję się żyć
Closterkeller - W moim kraju 


PS. A jak odłożę pieniądze, to na złość delegalizacji jednej z lepszych polskich artystek, kupię wszystkie jej albumy. Jakby było mnie stać, to na winylach! Ale małymi kroczkami... :-)
Share:

piątek, 4 marca 2016

15. J. Grzędowicz, „Księga Jesiennych Demonów”



- Jak to jest być wilkiem? - zapytała- Inaczej. Prościej i szybciej. Pamiętam to jako chaotyczne obrazy, sceny, wiedzę, której nie da się wyrazić słowami. Te wspomnienia są trochę podobne do snu. Nie ma w nich słów ani porządku. Światło jest ostrzejsze, dźwięki też. I zapachy. Tamten świat składa się z zapachów. I uczuć- Jakich uczuć? - Krótkich, ostrych i sensownych. Pragnień. Przestrzeń, bieg, polowanie, jedzenie, dzielenie się. Czasem jest też strach albo gniew. Kiedy kogoś lubisz, traktujesz go przyjaźnie, kiedy czujesz gniew, walczysz. Czujesz i robisz dokładnie to, co czujesz. - A co czujesz teraz?- Teraz jestem człowiekiem 
„Księga Jesiennych Demonów” opowiadanie „Wiedźma i Wilk”, Jarosław Grzędowicz



Gdy jest Ci smutno – kupujesz sobie coś na pocieszenie. Czekoladę, ładny sweter lub inną rzecz, która Cię ucieszy.
Jesień jest bardzo depresyjną porą. A właśnie jesienią, żegnając się z Krasnoludem i pędząc do Torunia (kiedy to było!) wpadłam na chwilę do księgarni. Akurat skończyłam czytać pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu i podróż byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie…
Księga Jesiennych Demonów autora wcześniej wymienionej książki, pana Jarosława Grzędowicza. No i miała całkiem fajną okładkę. A nawet z książką, która zaczyna się taksobie, podróż mija lepiej.

Na całą opowieść składa się pięć opowiadań oraz mini opowiadania - prolog i epilog. I jak prolog przekonał mnie do kupna – zawsze przed kupnem czytam kilka pierwszych stron – tak pierwsze opowiadanie odrzuciło mnie bardzo daleko od chęci powrotu do poznawania Jesiennych Demonów.
Próbowałam, podchodziłam, ale to nie było to.
Możliwe, że mój własny zły stan psychiczny, bronił się przed książką, która, bądź co bądź, nie nastawia optymistycznie. Zresztą, wspominałam o tej pozycji, gdy było bardzo źle. 

Jakiś tydzień, czy dwa tygodnie temu znowu ją chwyciłam.
I odleciałam.
Drugie opowiadanie dość ładnie wpasowuje się we wszystko, co mamy w polskim urban fantasy. A jednocześnie Grzędowicz mistrzowsko operuje językiem. Przemyślenia terapeuty skłoniły mnie do zrobienia czegoś, czego nie robiłam nigdy – podkreślania fragmentów. Gdy akcja rozwija się i dowiedziałam się, że tajemniczy pacjent, od którego wszystko się zaczęło, jest Bogiem, mimo mej niechęci do większości współczesnych religii, miałam ochotę udać się do najbliższego kościoła i go pocieszyć.
To, jak Grzędowicz przedstawił chrześcijańskiego Boga jest wzruszające, łapie za serce, a przy okazji, jest - moim zdaniem – jedynym słusznym obrazem Boga, którego jego wyznawcy nazywają „Ojcem”.
Kilka lat temu napisałam na luźnej karteczce przemyślenia dotyczące tego, czy właśnie Bóg, jako ojciec, ponoć kochający, jest w stanie znieść to, że jego dzieci tracą wiarę i marzenia, et cetera.
I właśnie to dostałam w tym opowiadaniu.
Zakończenie jest wisienką na torcie, albo nawet truskawką, większość ludzi woli truskawki. Nie chcę zbyt mocno spoilerować, zatem napiszę tylko, iż jestem przekonana, że narrator tego opowiadania wylądował w Bieszczadach! :---)

Kolejne opowiadanie łyknęłam, gdy tylko przetrawiłam „Opowieść terapeuty”. Jest ono zdecydowanie szczytem cudu w tej książce. Znowu kreśliłam po kartkach zaznaczając opisy i dialogi, które ściskały moje serce. „Wiedźma i wilk” opowiada o… wiedźmie i wilku. Wiedźmie, która na co dzień zajmuje się fotografią, jednak była w toksycznym związku. A jednocześnie należała do rodziny prawdziwych czarownic. Gdy dłużej pomyślę nad treścią tego opowiadania dochodzę do wniosku, że przywołanie wilkołaka, aby rozprawił się z facetem, który ćpa, pije, generalnie nic nie robi, a czasem bije swoją kobietę, jest trochę przesadą. Jednak Grzędowicz bardzo obrazowo opisuje myśli Melanii i sprawia, że jej zachowanie jest autentyczne. Jednak to dopiero początek. Głównym wątkiem jest wprowadzanie wilkołaka Maksyma w ludzkie życie. I tu jest piękno, które wycisnęło ze mnie łzy.
Bo wszyscy wiemy, że dzika natura nie idzie w parze z korporacjami i betonowymi budynkami.
Chciałabym pisać o tym opowiadaniu i pisać.
Powstrzymam się i jeszcze raz polecę. Chociażby to jedno z całej książki.

Jednak następne opowiadanie, „Piorun”, sprowadziło mnie znowu na ziemie. Czytanie znowu się rozwlekło w czasie. Narrator będący naukowcem,chyba biochemikiem oraz mężem strasznie, ale to strasznie nudzi. Gdyby sukkub chciał ukraść mi Krasnoluda, nie jęczałabym, tylko od razu wpadła na to, że to sukkub. Ale ja jestem fanką fantastyki. I jeszcze sam ma problem, aby zauważyć, że ten sam sukkub sięga po niego… Swoją drogą, mamy sukkuba i inkuba w jednym.
Tak czy siak, zdecydowane nie, nie, nie.
Plusem jest moja miłość do sukkubów. Niektórzy lubią elfy, inni krasnoludy, ja lubię sukkuby i inkuby. I fauny oraz inne kopytkowe.

Gdy z ulgą przeczytałam ostatnie słowo „Pioruna” pojawiły się „Czarne motyle”. Wprowadzenie, gdzie narratorem jest zmarły mąż-alpinista jest bardzo klimatyczne. Postać pani Ireny też jest sympatyczna. Ciekawy klimat, chociaż niesmak po „Piorunie”, który z kolei przykrył majstersztyk dwóch poprzednich opowiadań mógł wpłynąć na to, że „Czarne motyle” długo w mej pamięci nie zostaną. Ale były całkiem dobre, naprawdę!

Pięć opowiadań i prolog z epilogiem są zupełnie z różnych półek, jeżeli chodzi o doznania przy czytaniu. Dwa opowiadania, który zrywają kapelusze z głów w środku, dwa opowiadania, które są ok i nic poza tym, oraz dwa, które sprawiają, że odechciewa się czytać. Mimo to, polecam. Czyta się długo przez wyraźne skoki w jakości opowiadań, jednak myślę, że warto. Sama niejednokrotnie zamierzam wracać do „Opowieści Terapeuty” oraz „Wiedźmy i Wilka”. Czy do reszty? Nie wiem. Póki co mam zbyt długą kolejkę książek, które trzeba skończyć/zacząć. :---)


Share:

piątek, 12 lutego 2016

14. Jaka jest Druga Nibylandia?

Noc jest zdecydowanie najlepszą porą na pisanie tutaj.

Kiedyś były dni, które zaczynały się koło północy. Spotykaliśmy się i szliśmy na górki lub studnię. Lub gdziekolwiek. Jedna osoba miała paczkę papierosów, najpewniej dużych, niebieskich Lucky Strike'ów lub czerwone Chesterfieldy setki. Rozmawialiśmy i śmieszkowaliśmy. Chodziliśmy po praktycznie pustych uliczkach naszej dzielnicy i... 
i cały świat był nasz. 
Teraz, choćbym chciała nie mogę. 
Nie tylko dlatego, że ta dzielnica jest daleko, a w Poznaniu nie ma dwójki z tych cudownych osób. Bo przecież nie jestem tu sama, mogłabym, teoretycznie, wpakować się w jakiś nocny i jechać na most św. Rocha lub Wartę. Ale tylko teoretycznie. W praktyce nie mogę.
Mieszkam w dzielnicy, która nie wygląda zbyt bezpiecznie. Zabawne, bo w tej naszej spotkało mnie zło kilkukrotnie. Tutaj nie - jedynie jakieś małe romskie (hehe) dziecko powie, że mam ładne nogi. Ale nie znam Poznania, nie znam i się go boję. Chodząc tutaj czuję przytłaczającą samotność. A nawet oderwanie od miłych wspomnień. 
Tęsknotę.

I nie, nie chcę wrócić, absolutnie. 
Życie tutaj jest bardzo szybkie. Mało kiedy mam czas. Nawet nie wiem do końca, dlaczego, bo nie mam aż tylu zajęć. Ale faktem jest, że od poniedziałku do niedzieli czas leci bardzo szybko. 
I jest dobrze. 
Kocham Tatę, z którym mieszkam, kocham Krasnoluda, lubię pogadać z sąsiadem i znajomymi pracującymi w okolicy. Fajnie, gdy wstanę rano i ogarnę trochę, pozmywam naczynia z wieczora i wstawię pranie. Czasem pomyję dokładnie łazienkę lub kuchnię. W poniedziałki robię listę zakupów, bo znowu skończył się płyn do płukania lub gąbki. 

Ale bywa źle. 
Bywa, że siadam nad zeszytem, w którym notuję wydatki z każdego dnia. Bywa, że nie wiem, czego sobie odmówić, aby mieć możliwość zrobić prezenty najbliższym. Lada moment Tatuś ma urodziny, nie zdążę już zrobić tego, co chciałam, trudno, a drugi pomysł też jest ciężki do wykonania, bo nadal potrzebuję składników. A wystarczyłoby 50 złotych! Trochę dalej jest Pyrkon, na który nawet nie mamy jeszcze wejściówek. Wiem, że skończy się tak, iż kupi je Krasnolud, bo ja przecież nie mam za co. Na Pyrkonie mieliśmy być Poszukiwaczami z Talizmianiu, Czarownik, Czarownica, Wróżka i Wojownik. Byłoby fajnie, nie widziałam jeszcze cosplayu z tej planszówki. Ale nie mam jak wyłożyć na materiały, bo przecież ja będę szyła. 
Mam w tym roku możliwość spędzić z kimś pierwsze walentynki w życiu. Chciałabym pozwolić sobie na obdarowanie Krasnoluda chociażby dobrą czekoladą.
Ale nie chodzi o pieniądze, przecież mam co jeść. Boję się, że nie ogarnę nigdy tego, aby gospodarować funduszami, boję się, że utknę w mierności i nie będę mogła podnieść oczu znad rachunków, aż cały widok zasłonią mi napuchnięte od zmęczenia i łez powieki.
I nie będę sama, wiem.
Boję się jednak, że będziemy zbyt nieszczęśliwi porażką materialną, aby się kochać. A ten strach mnie paraliżuje. 


Po prostu czasem płaczę nad wydatkami, wspominając beztroskie strzelanie kapslami w niebo.
Chociaż wiem, że znowu będzie fajnie. I znowu będziemy wiecznie młodzi... Wspomnienie tego, jak lekko można się czuć, będąc razem, bez obowiązków, a po prostu ciesząc się sobą jest jednym moich ładniejszych skarbów. 
Przecież nie tak długo, a znów będziemy razem. Jeszcze szczęśliwiej, niż przed wyjazdem do Poznania. Chciałabym powiedzieć nad ranem wchodząc na pola nieopodal Kostrzyna, że nareszcie w domu. Chciałabym czuć ten cud życia na pięciogwiazdkowej prywatnej plaży. Chciałabym, żebyśmy znowu leżeli razem patrząc w gwiazdy. 
Bardzo tęsknię. 



Dziś był płacz. Ale jednak wciąż istniejemy. Nie wyrzekłam się przyjaciół wchodząc w poważny związek. 
Dobrze, gdy ktoś zadzwoni o 3 w nocy, bo coś może być nie tak. Dobrze, bo zapomniana więź wraca. 
Share:

poniedziałek, 1 lutego 2016

13. Fasolki, Miłość i zagięcia krasnoludzkiego zwyczaju.

*UWAGA: jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, iż myśl, że Mart posiada  życie seksualne jest dla Ciebie problemem, daj sobie spokój*

Znowu budzę się w nocy, więc standardowo - pojawi się tu wpis nocnych przemyśleń.


Dzisiaj dotyczą Fasola.
Fasolem będzie każde dziecko rozwijające się we mnie. O ile takie się pojawi. :-)


Od kiedy jestem z Krasnoludem, nie czuję obawy przed każdym spóźniającym się okresem. Jestem zwyczajnie pewna, że nie ucieknie, bo będzie bał się ojcostwa. Myślę także, że taka myśl byłaby jedną z większych obraz krasnoludzkiego majestatu.

Jak większość par - uprawiamy seks. Nie czekamy do ślubu w myśl nowej zasady, że "żadnego ślubu przed seksem". Bo, chcąc nie chcąc, wszyscy musimy sobie przyznać, iż seks jest w związku ważny. Tak jak wspólne zainteresowania czy poglądy, etc, etc.
Nie można być w stu procentach szczęśliwym z osobą, która nas nie zaspokaja.
Zakładając, że sami posiadamy popęd seksualny.

Ze względu na moje niegdysiejsze leczenie psychotropowe, nie powinnam brać tabletek antykoncepcyjnych - przynajmniej jeszcze nie. Mieszanka Zolafrenów, Abilyfajów i innych Ketreli sprawiła, że mam zasuszone jajniki. Jeden bardziej, drugi mniej. Nieważne. Nie jestem pozbawiona możliwości ciąży, jednak dla samego bezpieczeństwa mojego, jak i dziecka - lepiej poczekać.
Dlatego używamy prezerwatyw.

Prezerwatywy kosztują minimum 8PLN. I jak, naprawdę, nie żal nam pieniędzy, to czasem zwyczajnie się kończą. Bo tu trzeba odłożyć, bo coś innego. Jednak ZAWSZE mamy jedną-dwie w zanadrzu.

Tylko że te dwie niezbyt starczą. Zwłaszcza, że w 99% przypadków są one tam, gdzie nas nie ma.
Uprawiamy seks "dość" długo. Naszym ulubionym żartem jest "dwurodzinny szybki numerek" (chociaż "na martowe pięć przypada jeden krasnoludzki" też mi się podoba)
Oczywiście, możemy kończyć szybciej, ale miłosne uniesienia mają prowadzić TAKŻE do przyjemności czysto fizycznej.

A sucha prezerwatywa boli i pęka.


I tu zaczyna się główna myśl wpisu.

Jak długo będziemy zapominać o tych zostawionych "na wszelki", jak długo będziemy powstrzymywać się od,jakże bezbożnego, ohydnego aktu... miłości i bliskości zarówno psychicznej jak i fizycznej? Bo zbliżenie z "TĄ" osobą zawsze gwarantuje coś przyjemniejszego niż seks z profesjonalną gwiazdą porno.
Niewiele jest momentów równie pięknych, co czucie przyjemności w swoim i tym drugim ciele. Zgubienia granicy między jednym, a drugim ciałem. Lub fizycznym spełnieniem na myśl, że Krasnoludowi jest dobrze, dzięki mi.

Zresztą - prezerwatywy pękają. Serio, zdarza się.


I jak marzyłam o Fasolu od listopada. Jak wręcz chciałam, aby Fasol się pojawił, tak...
Teraz się boję.
Boję, bo mogę niedonosić ciąży.  Boję, bo nie mieszkamy nawet razem. Bo dziecko to bardzo duże wydatki. Bo co ze studiami? Bo rodzina będzie się martwić  (myśli, że mogą być źli, czy coś raczej nie dopuszczam).






Kolejna myśl jest o "dwóch połówkach jabłka". Jak kiedyś uważałam to za głupie, bo nie jestem przecież owocem! Tak teraz, to chyba najprostsze określenie Miłości. Takiej wiecie, na samą myśl o pojęciu tego słowa boli głowa. Coś jak wszechświat. Widzisz niebo w nocy, widzisz gwiazdy. Mniej więcej starasz sobie wyobrazić odległość od samego księżyca i kiedy dociera do Ciebie, że to NAPRAWDĘ DALEKO, przypominasz sobie, że to taki maleńki kawałek tylko...

Czasem mam też wrażenie, że wszystko, co kiedykolwiek zachwyciło choćby jednostkę, że wszystkie inne pary i miłości na świecie, to nawet nie połowa naszego uczucia.
Że taka miłość, jak nasza, nie zdarzyła się jeszcze nigdy. I nie zdarzy.

Sam fakt, że jak każdy fan fantasy wie, krasnoludy nigdy nie zwróciły uwagi na kobietę innej rasy (ekranizacja Hobbita boli nie tylko wrzucając postać Tauriel). A mojego narzeczonego poznałam jako Krasnoluda. Ja byłam ludzką kapłanką (dopatrywano się u mnie korzeni driady lub rusałki, ale nikt mi nic nie udowodnił).


A Fasol ma coraz mniej czasu na zaistnienie. We wrześniu 2017 muszę założyć gorset!

Przez 19 miesięcy czeka mnie jeszcze wiele nieprzespanych nocy na myśl, że może nie damy rady, tak finansowo. Może coś się źle potoczy...
I zdaję sobie sprawę, że po ślubie nagle nie staniemy się bogaci, ale wierzę, że w jakimś stopniu będzie łatwiej.


Pewna jestem tylko tego, że będziemy najszczęśliwszą rodziną, bo zawsze będziemy wiedzieć, że kochamy się ponad wszystko.
A tego mały człowieczek potrzebuje bardziej, niż najdroższych zabawek.
Share:

środa, 27 stycznia 2016

12. Czym jest fantastyka?

Tak zupełnie inaczej, niż w poprzednich wpisach- bo będzie luźno. Fantastycznie.

O arkadiach pisałam rozprawkę w liceum. Ostatnio czytałam o tych z kart powieści fantasy.
A dziś kulminacyjny punkt miały moje myśli o bohaterach, których pokochałam do tego stopnia, że są mi bliżsi od wielu ludzi przewijających się na tablicy mojego fb.

Zaczynając od Syriusza, Pana Thumnusa i Aragorna, których darzę wciąż dziewczęcym i niewinnym uczuciem, a na Kruszynie lub Drakkainerze, z którymi chętnie wypiłabym, czy odjechała na Skrót (o ile Krasnolud nie byłby zazdrosny, a byłby więc to tylko sfera marzeń) kończąc.

A będąc już przy mężczyznach, bliższy mi zawsze będzie oschły, a jednak w pełni oddany swej czarodziejce, Geralt, niż chłopak, którego imienia długo nie moglam sobie przypomnieć, a to on skradł mi pierwszy "pocałunek".
Pewnie jestem dziwna.

Generalnie bardzo ważne jest też to, iż uwielbiałam fantastykę od dzieciaka.
Zaczęło się nawet przed Potterem, bo od Ullyssesa Moore'a, wciąż mam ogromną ochotę wrócić do tej książki. Była fascynacja kapitanem Wampiratów... a potem skok do wiedźmina i mniej brutalnego Tolkiena.
I godziny spędzone przed półką "fantastyki" w empiku.
W okresie HP pisałam wiele fanfiction, dostałam zaproszenia na różne pbf'y, a tam dowiedziałam się o larpach i sesjach RPG. Jak na sesje miałam trochę wyjechane, tak larp... larp był jedną z tych rzeczy do zrobienia w życiu - znaczy, do uczestniczenia.
A tu mnie sprowadzano boleśnie na ziemię.
Bo to udawanie, bo zatracanie się w czymś nie realnym, bo się nie nadaję, bo brak kontaktów z odpowiednimi osobami...
A za tym szłoodejście od fantastyki jako takiej. A folk metal też był nienamiejscu, generalnie, nacisk na życie rodem ze scenariusza Skins.

I tak, byłam głupia. Uległam towarzystwu ze strachu przed samotnością i odrzuceniem.
Były piękne momenty w kinie przy Misty Mountains Cold, było zafascynowanie Thorinem Dębową Tarczą. Ale wtedy to było"na topie", więc mogłam.

Ale nastąpił powrót, zerwanie z toksynami. Nowe przyjaźnie - i tym razem prawdziwe, takie o jakich czytałam.
Wymieniamy się książkami. Mistycznym momentem jest, gdy w grupie najbliższych śpiewamy wraz z Thorinem  (nie raz zaczynając od "paaaróóówyyyy").
Krasnoluda poznałam jako krasnoludzkiego mędrca Hofura,który jednak stwierdził, że pierdoli i elfy pedały, sama będąc narwaną młodszą kapłanką Melitele, Nilianną na wiedźmińskim larpie.
Teraz są próby łączenia pasji do fantastyki i sztuki.
Są plany, aby działać w tym kierunku.

I jest cudownie.
Przykro mi, bo osoby, które hejtowały i wyśmiewały pewnie tego nie przeczytają, ale - dziękuję im.
Bo dotarłam do tego, co kocham, tracąc to na pewien czas. Ze swojej, ale nie tylko, winy.

Fantastyka dała mi chyba znaczna część mojej osoby. Albo to ja się w nią wpasowałam. Światopogląd i te inne...
Inne światy stanowią część mnie.
I to jest cudowne.
Share:

środa, 20 stycznia 2016

11. Może szmata.



Jest 3:03 w nocy.
A we mnie gotuje się do tego stopnia, że próbuję pisać tutaj z telefonu.
Miałam milion pomysłów na kolejny wpis, refleksje po Lemmym, rozpływanie się nad moimi bliskimi... ale to jest silne. Mocno silne. I mam ochotę krzyczeć.

Na Wikipedii czytamy, że w Polsce nawet 90% dokonywanych gwałtów jest niezgłaszanych. Internetowa encyklopedia mówi, że częstym powodem tego jest zrzucanie winy na OFIARĘ przez policję, służbę zdrowia, sądy, etc.

Jestem w 10%. Zgłosiłam. Dwa razy. Ani razu na własne życzenie.
Za pierwszym, gdy miałam 17 lat lekarz stwierdził, że to dekolt i sama jestem sobie winna. Za drugim, policja wiedząc, iż jestem schizofreniczją uznała konfabulację. Jak jeszcze pierwszy przypadek mnie nie boli di tego stopnia, tak drugi...
Drugi wywołuje u mnie kurwicę.

Byłam wtedy w luźnym związku z byłym. Czytaj: ok, nie jesteśmy razem, ale wciąż się lubimy i seks też jest ok. Była niedziela, gdy napisał, że wpadnie do mojego miasta - miał nowy samochód, chciał się pochwalić.
Generalnie jestem osobą lubiącą seks i nie mam z tego powodu zamiaru wstydzić się. Jestem kobietą, lubię przyjemności cielesne. Normalna rzecz. Generalnie, lubię także specyficzny rodzaj przyjemności określany jako bdsm, dość wypaczony przez pornografię i czytadła dla kur domowych.
Wracając: zima, godzina koło 20 bodajże. Musiałam wychodzić. spotkanie przy akademikach nieopodal mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. Jednak, jak to przy zakończonych związkach, na miejscu awantura nie z tego świata. Krótkie "wypierdalaj" i powrót do domu. Za plecami odjeżdżający samochód. Przede mną ciemna droga.
Kolejny samochód, z którego ktoś proponuje mi podwózkę - "spierdalaj". Natarczywe prośby, abym jednak wsiadła. W końcu wepchnięcie mnie do samochodu.
A tam wszędzie były kamery.

Ale, hola, mam stwierdzoną schizofrenię  (przez policjanta wtmawiana z "m"). W dodatku te moje rozmowy i podejrzany wzywający strój!
Jebać dna, które było do zdobycia; jebać nagrania; jebać, że mój były mógł wtedy zeznawać!
Jebać!
Schizofrenia + kobieta nie wstydząca się seksualności + wzywając strój


A ja wciąż lubię seks.
Lubię krótkie spódniczki i dekolty. Lubię.
I gdy jestem pijana, a mówię nie, znaczy, że NIE.
I gdy mam dekolt, w którym prawie sutki mi widać, a spódniczka nie zasłania zbytnio pupy, a mówię nie, znaczy, że NIE.
I gdy pozwalam mojemu facetowi na dominację i nie wstydzę się tego, a mówię nie, znaczy, że NIE.

"Nie" znaczy "nie" - tego uczy się ledwo ogarniające świat dziecko. I to łatwa do zapamiętania rzecz, której używamy na codzień.



Czasem budzę się lub nie mogę spać. Czasem czuje dotyk, którego nie chcę czuć. Czasem kolor lub krój bluzki doprowadza mnie do histerii. Czasem po prostu jest mi źle, bo... bo to moja wina.
Chociaż tak nie jest.
Są zdarzenia, które zawsze będą gdzieś wewnątrz. Taki ból, który nigdy boleć nie przestanie.
W tym momencie jest 3;34, a ja na przemian płacze i mam ochotę rozwalić świat. Usunąć wszystko, co tu napisałam lub wrzucić to na swoją tablicę.
Bo chyba jedna osoba poznała powyższą historię od "a" do "z".

Jestem Mart. Jestem ofiarą przemocy seksualnej.
Jestem Mart. Jestem mimo wszystko.
Share:

wtorek, 1 grudnia 2015

10. Organ mi obumiera.

Serce to organ. Pompuje krew, ale nie odpowiada za czucie. Jednak, jest wewnątrz takie coś, co czuje. Nie wiem, jak to nazywać, gdybym użyła słowa „dusza” brzmiałoby jakoś... zbyt po chrześcijańsku. Więc niech będzie serce.
Niektóre sytuacje, słowa lub odpowiedzi odbierają kawałek serca. Obumiera. Miejsce, które przed chwilą czuło, nagle przestaje. I to wywołuje ból. A im więcej straci się kawałków, tym trudniej o różne uczucia. Zmniejsza się baza doznawanych emocji.
Fizycznie czuję, gdy mi te kawałki obumierają. Coś tam było, ale już nie ma.
Teraz jest mi smutno. Chronicznie smutno. A także gardzę sobą, mocno, jak nigdy nikogo innego. Ale tak gardzić można tylko największym wrogiem.
I to szalone, bo przecież jest fajnie.
W każdym razie, inaczej sobie wyobrażałam najbliższe tygodnie po zaręczynach...
Nie jest fajnie. Chcę płakać i chcę wyć. Chcę z kimś porozmawiać, ale nikt nie rozumie, gdy zaczynam. Jestem porażką, zerem.
Gdybym miała pieniądze, zleciłabym morderstwo na siebie.
Nie byłoby to samobójstwem, więc nie skrzywdziłabym nikogo, bo jednak wciąż istnieje grono osób, które mnie kochają.
Ale nie mam pieniędzy.
Nie mam nawet od kogo pożyczyć głupich 3,60pln na dojazd do Krasnoluda.

I to jest najgorsze, bo tylko przy nim umiem kompletnie zapominać. I czuć się tak po ludzku dobrze.
Łudzę się, że jednak znajdę gdzieś pracę. Wtedy zupełnie stracimy możliwość spędzania chociaż kilku chwil razem. A jednak potrzebuję tej pracy, a to się będzie wiązało z jakąś rozłąką. Zanim znajdę ewentualne zatrudnienie, chciałabym się porządnie naładować. A nie mam jak, więc jest gorzej i gorzej. I pomocy.
Zimno mi, ciągle mi zimno. Tak mentalnie.

Sprzątając pokój znalazłam pełno starych pamiętników, luźnych kartek. Z nich wynika, że zawsze byłam nieszczęśliwa. Nieważne, co się działo.

Wczoraj terapeuta powiedział, że powinnam zacząć myśleć o farmakologii, bo samej będzie mi zbyt trudno z tym walczyć bez niej.
Myśląc o farmakologii czuję się wyjątkowo dobrze, bo jeszcze mogę myśleć. Jeszcze nie zjadły mnie tabletki.



Chciałabym, aby całe serce uciekło. Jednocześnie. Nie kawałek po kawałku.  


PS. Blog powstał dla moich bliskich. Z nich, tylko jedna osoba go odwiedza, więc, kudeno, kto tu jeszcze wchodzi, bo chociażby wczoraj dobiło do równo 60 wejść... o:
Share: